Na obrzezach wsi stawiamy namioty.





Nasze miejsce biwakowe to wzgorze porosłe sosnowym lasem z wkomponowanych trzypoziomowym bunkrem. Tu na szczescie jeszcze nie dotarła obsesja kratowania.







Ognisko palimy na dachu bunkra.



Przy nim toczymy rozne, nieraz dosyc ostre dyskusje na rozniste tematy spiskowe, polityczne i spoleczne. Jest o pedałach, ciemnej stronie ksiezyca, podbojach kosmosu i krasnoludkach. Jest tez z nami samogon z Jagłowa ktory zapewne podnosi temperature wielu dyskusji

W srodku nocy zaczyna padac wiec impreze przenosimy do bunkra

Poranek wstaje przepiekny, taki jak to potrafia bywac tylko letnie poranki w sosnowym lesie gdy zapowiada sie upalny dzien. Gdzies nieopodal odezwie sie dzieciol, kukułka i czuc zapach rozgrzanego igliwia. Czasem brzeknie mucha albo szyszka spadnie na glowe. Z pól idzie juz oddech dusznego upału ale wsrod paproci jeszcze czai sie nocny chłod.

Idziemy z Pudlem i eco sprawdzic czy jest otwarty sklep. Jakos tak wychodzi ze spedzamy pod nim kolo dwoch godzin. Przysluchujemy sie rozmowom miejscowych o ziemniakach co nie obrodzily tego roku, doplatach z unii do burakow a raczek ich braku, czy dramatycznej historii jakiegos Mariana ktory w czasie budowy domu utopil sie w betonowej wylewce.

Kolejna odwiedzona dzis miejscowoscia jest Żabinskie. Tam na bunkrze czeka na nas Iza, ktora dzis wczesniej niz my rozpoczela wedrowke.





Bunkier faktycznie wyglada na miejsce obronne, nie dosc ze jest na wzgorzu , to otoczony jest podwojnym zasiekiem plotow pod napieciem, z ktorymi mam watpliwa przyjemnosc sie zapoznac. Lokalne krowy widac ze to rozumne zwierzeta, nie podchodza do zasieku na blizej niz metr!

We wsi niektorzy maja fajne skrzynki na listy



Iza łapie stopa do Starożyńcow- w osobowym aucie udaje sie upchac w 5 osob plecakami!

Starozynce to wioska w ktorej dominuja drewniane domy,









na przyzbach wygrzewaja sie koty i buby





a spora czesc framug przyokiennych, okiennic i odrzwi jest slicznie podrzezbiana!







Zwracaja uwage przydrozne krzyze, zupelnie inne niz w drugich regionach Polski. Suwalskie krzyze sa bardzo smukle, wysokie i wystepuja zawsze parami! Wystepuja prawie w kazdej z mijanych, przygranicznych wiosek.



Mijamy tez inny krzyz, samotny dla odmiany. Stoi teraz w srodku jakiejs zwirowni. Calkiem tu nie pasuje i wyglada jak przeniesiony z innej rzeczywistosci. Nagryziony juz mocno zębem czasu, przekrzywiony, jakby zadumany nad dziwnym miejscem w ktorym przyszlo mu sie znalezc. Pewnie kiedys stał przy domu albo na rozdrozu wiejskich dróg. Teraz tylko czasem obok przemknie ciezarowka żużlu albo rzadziej zaduma sie jakis niedzisiejszy turysta z poludnia.. Moze kiedys wiejscy ludzie przystawali pod nim albo ukladali kwiaty? Zreszta nawet teraz, nawet na tym zuzlu jakas kępa fioletowych kwiatkow pod nim urosła...





Kolejnym stopem (znow osobowka zabiera 5 osob) dojezdzamy w okolice Bartnik. Kurcze, ja juz wiem czemu mamy z toperzem takie problemy z lapaniem stopa! Zapewne poruszamy sie zbyt mała grupa i mamy ze soba za malo plecakow!!!!