Zapisy tras z opisanych dotychczas dni :
Delatyn - Łopuszna/Dolny Szepit
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=ckcwhhesodiriuts
Łopuszna/Dolny Szepit - Perkałab
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=tldizqanzxemflvs
Perkałab - Watonarka
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=aqswqpwqngfjddqw
Watonarka - Szybene - Burkut
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=ppitqaewvyzqdgzb
Ech, znajome w swoim czasie kąty, sklepik się zupełnie nie zmienił.
Jak miło pooglądać.
Trochę zaniedbałem relację z podróży dookoła Czarnohory. Na usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć tyle, że w przerwach między włóczeniem się po górach musze trochę popracować:) Pałeczkę przejął chwilowo Michał, ale widzę, że szybko gdzieś odjechał.
Mamy więc dodatkowy dzień w Szybenem, który wykorzystaliśmy na spokojne włóczenie się po okolicy oraz umycie rowerów (w potoku) oraz siebie (w eleganckiej łazience, o której poniżej). Wnętrze łazienki jest całe srebrne. Po kąpieli trzeba uzupełnić zapas wody. A wodę trzeba wyciągnąć ze studni. Jeśli ktoś leniwy, może się umyć w miednicy.
IMG_0485-800.jpg IMG_0496-800.jpg IMG_0498-800.jpg IMG_0489-800.jpg
I na zakończenie dnia kilka obrazków z Szybenego.
IMG_0482.JPG IMG_0477.JPG IMG_0476.JPG
Plan na dziś jest prosty: wejść na Popa Iwana.
Po zobaczeniu wielu zdjęć i przeczytaniu opowieści o dawnym obserwatorium strasznie mnie na niego ciągnęło. Ten dzień był więc od dawna zaplanowany.
Zostawiamy rowery, sakwy i cały dobytek w bazie i pieszo ruszamy z samego rana w górę.
Ponieważ wyposażenie mamy głównie rowerowe czeka nas wyprawa w rowerowych butach i z malutkim plecaczkiem na dwóch. Udaje się jakoś spakować niezbędne rzeczy na wypadek niepogody i odrobinę jedzenia.
A w butach nawet da się jakoś iść
Aby plan dnia nieco skomplikować zakładamy, że zejście powinno być inną drogą niż wejście.
Ruszamy więc doliną Szybenego idąc nią ponad 10km.
Po drodze mijamy resztki trzech klauz. Za pierwszą rozciągało sie kiedyś jezioro Szybene. Zapewne po zniszczeniu klauzy znikło.
klauza Szybeny 1
klauza Szybeny 2
ostatnia klauza
Za drugą z nich opuszczona osada, jeden z budynków dość okazały i w bardzo dobrym stanie. W środku jakieś łóżka i stoły.
Za ostatnią klauzą jest Banhof. Nie ma tam coprawda żadnej stacji ale pozostał spory walący się już z jednej strony drewniany dom.
Za nim droga praktycznie nie istnieje i trzeba iść doliną potoku.
W pewnym momencie nie da się już nawet przejść suchą nogą.
Do dawnej granicy polsko czechosłowackiej docieramy grzbiecikiem pomiędzy potokami po widocznej i wyraźnie uczęszczanej ścieżce.
Wzdłuż dawnej granicy przebiega znakowany szlak do Stoha i dalej Popa Iwana Marmaroskiego.
Oczywiście napotykamy wiele dawnych słupków granicznych po drodze.
Ciekawe są rozmieszczone tu i ówdzie tabliczki z oznaczeniem odległości i czasu. Ukraińscy turyści chyba poruszają się znacznie szybciej niż my.
Na Waskul 1.5km i do tego 400m w górę a tabliczka podaje 20 minut.
Na Popa 3.5km i ponad 600m a tabliczka podaje 1h.
Idziemy ciut dłużej niż podawała tabliczka ale dzięki temu w międzyczasie wiatr przegania chmury i w pełni odsłania szczyt, wszystko widzimy i można zrobić fotki.
Obserwatorium choć tak zaniedbane, zaśmiecone i zniszczone robi niezłe wrażenie. Jak było nowe dopiero musiało się prezentować!
W środku wiele śladów prac remontowych. Zamurowano okna, odbudowano część stropów. W przybudówce po prawej robotnicy zrobili sobie noclegownię.
Pomimo śladów prac mamy nieodparte wrażenie, że ktoś to robił tylko po to by coś tam było widać a nie by coś faktycznie odnowić. Bez pomysłu i przekonania. Prace zresztą najwyraźniej przerwano bez dokończenia.
W okolicy poniewiera się sporo metalowych elementów, jakieś wielkie fragmenty silników, kaloryfer, połamane żeliwne fragmenty pieców i rur.
![]()
Na dotychczasowej drodze nie spotkaliśmy nikogo, na szczycie natomiast od czasu do czasu ktoś się pojawia.
Obfitują natomiast różne kwiatuszki.
![]()
Do Szybenego wracamy zielonym szlakiem, który najprawdopodobniej wiedzie wybudowaną przed wojną drogą. Droga jest w dobrym stanie, wydaje się, że regularnie aż po sam szczyt coś nią jeździ.
Jak tylko odchodzimy chmury wracają
Po drodze mijamy jeziorko Mariczejka, wygląda (po ilości namiotów ale też śmieci), że jest bardzo popularnym miejscem biwakowym.
Poniżej jeziorka jest spora połonina Wesnarka, jest nadal używana, postanawiamy wstąpić do chaty i spytać o sery. Okazuje się, że to był dobry pomysł bo kilku minutach rozpętuje sie burza z piorunami.
Gospodarze dotąd zajęci przetwarzaniem sera w popłochu szukają telefonów by je 'wykluczyć'.
Pod dachem spędzamy dobrą chwilę częstowani serem i chlebem. Sami kupujemy kilogram białego, który starczy nam dwa najbliższe dni.
Za Wesnarką jeszcze kawałek w dół i schodzimy jakieś 2-3km od Szybenego do doliny którą rano już szliśmy.
Trasa zajęła nam ponad 10h, przeszliśmy 30km:
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=xhgtcqofyhxtxykj
Koniec odpoczywania i spacerowania. Po wycieczkach do Burkutu i na Pop Iwana czas kontynuować podróż dookoła Czarnohory. Dzisiaj będziemy objeżdżać Czarnohorę od południa, czyli jedziemy na Stoha. Na pożegnanie kwatery odwiedzam tutejszy przybytek, w którym można też coś poczytać.
Początek podejścia jest całkiem sympatyczny. Droga Mackensena, która w Górach Hryniawskich była zniszczona i zdeformowana), tutaj jest w doskonałym stanie. Miejscami zachowały się lub zostały odnowione odcinki brukowane. W stromych miejscach drogę poprowadzono obszernymi serpentynami, tak, że da się wyjechać rowerem nawet z sakwami.
Na wysokości ok. 1500 m mijamy opuszczone budynki straży granicznej. Obok stoi ciągnik gąsienicowy, który służy do utrzymywania zaoranego pasa przygranicznego.
Kawałek wyżej wieża obserwacyjna pod górą Rogi i po chwili docieramy do granicy. Na wieży dzisiaj pusto; ślady opon sugerują, że strażnicy jechali tu dzisiaj na motocyklu. Po prawej ukazuje się Pop Iwan, przed nami Stoh – miejsce dawnego styku trzech granic, tzw. triplex. To jeden z ważniejszych punktów na naszej trasie. Jedziemy na zachód wzdłuż granicy przeważnie tuż przy drutach „sistiemy”. Rzeczywisty przebieg drogi nie pokrywa się z jej obrazem na żadnej mapie, ale też niewiele od nich odbiega. Na stromych i zalesionych szczycikach granicznych nie ma zaoranego pasa i zasieków „sistiemy”, jest prowadzona trawersem po północnych stokach i tak też się poruszamy.
W końcu docieramy na przełączkę między Radułem a Stohem. Pod Stohem zaorany pas i zasieki również nie idą przez wierzchołek, lecz w odległości 200-300 m na północ od grzbietu. Taras, który pilotował nasze zgłoszenie do wojsk granicznych ostrzegał, żeby nie tylko nie przekraczać granicy, ale i nie wchodzić poza zaorany pas. Czy nie uda nam się dotrzeć na „triplex”? Głównym grzbietem Czarnohory, aż do Stoha przebiegała przed II wojną św. granica polsko-czechosławacka. Dziś przebiega tędy granica województw oraz podział zwierzchności między formacjami wojskowymi, strzegącymi granicy. Odcinek wschodni należy do „прикордонного загону” w Czerniowcach a odcinek na zachód od Stoha do prikordonnogo zagonu w Mukaczewie. I ci z Czerniowiec orzą i bronują swoją część a ci z Mukaczewa jakby mniej. Czyli po przejściu na Zakarpacie już nie ma oranego pasa i drutów. A jak nie ma, to …. to da się dojść na Stoha nie przekraczając sistiemy. Ja zostaję z rowerami na przełączce, Michał idzie na górę. Nie mija pół godziny, gdy wraca ze zdjęciami ze szczytu.
![]()
Droga ze Stoha schodzi na pd.-zach. na rozległą przełączkę, poniżej której rozciąga się na północnym stoku polana. Z tej polany powinna odchodzić w dolinę Białej Cisy droga, znaczona dość grubą linią na wszystkich mapach, także na wydanej w bieżącym roku mapie Czarnohory Ruthenusa. Żadnej drogi jednak nie widać.
Zostawiam rowery na polanie i penetrujemy na piechotę obrzeża polany i skraj lasu w pobliżu. Są tylko słabo widoczne, poplątane ścieżki, wydeptane przez zwierzynę. Nie mamy jednak wyboru, następna droga schodząca w dół narysowana jest na mapie ponad trzy kilometry dalej, w dodatku znaczona przerywaną linią (ścieżka) i prowadzi przez ponad 15 kilometrów grzbietami. Gdyby wyglądała podobnie, jak to, którą mamy tuż obok, do wieczora nie zejdziemy na dół. Decydujemy się schodzić w dół wzdłuż widocznej na mapie linii drogi. Nie zawsze można, czasem trzeba obchodzić jakieś powalone drzewa lub połacie krzaków i jeżyn. Z powodu braku wolnej ręki zdjęcia pojawią się dopiero w dolinie. Na ślad drogi trafiamy w pobliżu połoniny Rozczołyny. Na jednej ze ścieżek miga przed oczami młody pastuszek z dwoma psami – jesteśmy prawie pewni, że pewnie idzie drogą. Po dojściu do miejsca, w którym go widzieliśmy, znajdujemy jednak tylko jedną z owczych ścieżek, która rozpływa się w lesie. Szczęśliwie docieramy na dno doliny i z radością tuptamy środkiem Stohowca (tak w górnym odcinku nazywa się Biała Cisa).
Chwilowa utrata pozycji pionowej.
Klauza Stohowiec, ostatnia w tym tygodniu.
Wieś Bogdan. Od startu z Szybenego mineło ok. 8 godzin
![]()
Na zakończenie dnia wpadamy do miasta Rachowa
Teraz łagodny podjazd w górę doliny Czarnej Cisy.
Po drodze zakupy w Kwasach.
I wymiana dętki w Kwasach (jedyna awaria na trasie).
Na nocleg zatrzymujemy się na campingu Petros w przysiółku Jasinii Keweliw. Można rozbić namiot w sadzie lub spać na stryszku na sianie. Wybraliśmy to drugie.
![]()
Wojtku, moze to zabrzmi szyderczoAle pocieszyles mnie tym Waszym zejsciem w doline Bialej Cisy. W trakcie zimowego wyjazdu wladowalismy sie mozliwe ze w ta sama dolinke,
poszlismy ciutka od Stoha na strone zakarpacka i potem na polanie w prawo w dol, miala byc sciezka, zaznaczona na wszystkich mapach... No -- skonczylo sie mniej wiecej tak:
https://picasaweb.google.com/Piotrek...02302122237042
Poltora roku pozniej mielismy z Tarasem jednak piekny zjazd z tego rejonu - polecam dojechac do poloniny Ziemny i tam w lewo w dol jest szutrowa droga, czasem dosc stroma, ale
jezdna dla 4x4. W dol bylismy w 30min w dolinie B.Cisy.
Jestem ciekaw jeszcze koncowki wyjazdu!
"There is no such thing like too much snow" - Doug Coombs
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)