Wczoraj nie było żadnych zdjęć z biwaku. Po pierwsze, było już ciemnawo i zdjęcia z ręki wychodziły poruszone. Po drugie, tak żarły komary, że chcieliśmy się czym prędzej schować w namiocie. Namiot stanął na niekoszonej, ukwieconej polanie. Wkoło tak grały świerszcze, że aż uszy bolały. Nieco dalej drugim głosem rechotały żaby. Z krzaków od czasu do czasu odzywał się solista – ptaszek. Inny ptaszek pohukiwał z pobliskiego lasu. Podkład rytmiczny stanowił szum i bulgot płynącego tuż obok Seretu. Nagle usłyszałem jakiś nowy dźwięk. Coś jakby pochrząkiwanie dzika połączone z cichym rżeniem konia. Cały zamieniłem się w słuch i … po chwili emocje opadły. Michał przewrócił się na drugi bok i dźwięki ucichły. To nasza sala koncertowa nazajutrz rano.



Nasze miejsce noclegowe znajdowało się, niestety, po przeciwnej stronie rzeki, niż droga, toteż zarówno wieczorem, jak i rano musieliśmy ją przekraczać.



Po tej stronie rzeki, po której biegła droga, teren był podzielony na maleńkie i solidnie ogrodzone skrawki ziemi. Też było tu ładnie, ale nie chcieliśmy nikomu wchodzić na starannie utrzymywane grunty.



Potem długo, długo pod górę. Tutaj - do przełęczy już niedaleko.



Po trzech godzinach od nadrobiliśmy wczorajsze zaległości, docierając na przełęcz Szurdyn. Równocześnie była to pierwszy cel na wysokości czterocyfrowej (1173 m).