Chodzą słuchy, że w dolinie Białego Czeremoszu ma powstać seria małych elektrowni wodnych. Chyba zdążyliśmy tu być jeszcze przed ich powstaniem – chyba, że są już gdzieś niżej. Spotkaliśmy natomiast dwie takie mini-elektrownie na potoku Probijna.
Jest dopiero wczesne popołudnie, a ja do dzisiejszego opowiadania mam do wieczora tylko dwa zdjęcia. Bo jak się ok. 14 rozhukało, rozbłyskało i rozlało, to z niewielkimi przerwami trwało tak do wieczora. Aparaty zostały więc owinięte w filię i schowane na lepsze czasy. A z deszczem to było tak. Jedziemy doliną Probijny. Nad nami pełne słońce a chmurki - tylko te białe jak baranki. Nagle czujemy, że z góry bez ostrzeżenia leje się coś mokrego. To niemożliwe, żeby tak się lało z tych chmurek białych, jak baranki – myślimy i jedziemy dalej. Trochę przestało, ale chmurki białe zostały przesłonięte przez chmurki czarne i się zaczęło. Pognaliśmy do przodu, by znaleźć jakieś schronienie. Schowaliśmy się w altance przy sklepie. Deszcz zelżał, ruszyliśmy dalej. Odtąd starannie penetrowaliśmy wzrokiem otoczenie, starając się wynaleźć potencjalne miejsca schronienia. Póki nie skończyła się wieś, zawsze trafiało się jakieś schronienie. W sumie były cztery przerwy deszczowe. Z tego jedna prawie godzinna, bo lało jak z cebra, sypało gradem i biło piorunami. Ta największa ulewa złapała nas na szczęście w pobliżu domu z solidnych bali - niewykończonego jeszcze i bez drzwi. Małym problemem był tylko brak bramki lub przełazu i konieczność przechodzenia przez płot.
W taki sposób dotarliśmy do rozwidlenia potoków, przy którym stało dużo wielkich maszyn drogowych i budowlanych oraz mieszkalny barakowóz. Miejsce to oznaczyłem na mapce jako baza budowniczych drogi. Skreślona strzałka, przy ujściu potoku Szaraburego to pomyłka, tutaj był tylko jeden z postojów przeciwdeszczowych. Przy rozwidleniu potoków kończyła się też droga, popularnie nazywana przejezdną. Według mapy, wraz z potokami miała się też rozwidlać droga, i rzeczywiście tak było. W prawą dolinkę, na pn.-zach. szła droga na połoninę Ludową i ta nas nie interesowała. W lewą dolinkę, na pd.-zach. szła tzw. droga Mackensena, którą mieliśmy dojechać dziś do Szybenego. Już tutaj wyglądała odstraszająco – krzaki i błoto po osie. Ale była jeszcze niespodzianka – na grzbiet między dolinkami wspinała się droga nowiutka i szeroka, wysypana świeżo kamieniem. Takie drogi buduje się tu, jeśli gdzieś ma być duży wyrąb i zwózka drewna. Wszystkie maszyny stały już unieruchomione, może z powodu deszczu, może było już po fajrancie.
Podeszliśmy do barakowozu, Michał zapukał, w barakowozie coś zaczęło się ruszać i po chwili wyszedł lekko zaspany, młody mężczyzna. Spytałem, dokąd oni tę drogę budują i czy da się nią dojechać do Szybenego. Odpowiedział, że da się. Droga dochodzi do grzbietu, a potem trzeba skręcić w starą drogę wojenną. Tylko takie kamienie, to będą jeszcze przez pół kilometra, potem będzie pas ziemi, wyrównany w zboczu przez spychacze a jeszcze wyżej tylko powycinane drzewa pod przyszłą drogę. Ale całość jest dla wytrwałych do przejścia. Przy okazji zaprosił nas na kawę, ale nie skorzystaliśmy, bo przestało padać a przed nami był jeszcze kawałek drogi. Ruszyliśmy nową drogą pod górę. Po paru minutach zobaczyliśmy, że nasz informator zasuwa w sandałach za nami. Zmienił zdanie: lepiej wam będzie wrócić na dół i iść starą drogą. Na niej jest na pewno dużo błota i wody, ale to stare i stabilne błoto. A na tej nowej, to on nie wie, bo po takich deszczach to jeszcze sami jej nie oglądali. Nam jednak szkoda było tych iluś tam przebytych metrów, szczególnie tych w górę i poszliśmy dalej. Deszcz raz lał, raz padał. Ubranie i buty mieliśmy już całkiem mokre, więc nie stanowiło to dużej różnicy.
Gdy nie ma zdjęć, trzeba się dużo nagadać, żeby opowiedzieć, jak było. Na szczęście deszcz ustał na chwilę i dało się wyjąc aparat. To jest fragment środkowego odcinka nowej drogi.
Potem był górny odcinek drogi, gdzie wycięte drzewa leżały wzdłuż i w poprzek drogi, na koniec doszliśmy do dawnej ścieżki na Watonarce, na grzbiecie Połonin Hryniawskich. Ta stara ścieżka, dawniej wydeptana i przyjazna, teraz też była rozryta i zawalona wyciętymi drzewami. Ale do przełączki, na której przechodzi przez grzbiet droga Mackensena zostało już tylko ok. pół kilometra, więc radośnie przenosiliśmy rowery nad kolejnymi przeszkodami.
Pierwotnie planowaliśmy na dzisiaj dość wczesne zejście do Szybenego, nocleg pod dachem, jakieś mycie i spokojny, popołudniowy odpoczynek. Gdy dotarliśmy do skrzyżowania ścieżki grzbietowej ze starą drogą, drogę Mackensena odnaleźliśmy tylko w stronę wschodnią, czyli w tę, z której przyszliśmy. Nie było widać jej początku w stronę Szybenego. Szybko obliczamy: z dołu na grzbiet szliśmy 1,8 km przez 3 godziny, czyli z prędkością ok. 0,6 km/godz. Do Szybenego jest ponad 5 km, z taką prędkością będziemy tam za … 8 godzin! Tu mamy piękną połoninkę, śpimy na Watonarce.
![]()



Odpowiedz z cytatem