Omijamy przełecz Okraj i odnajdujemy nasza wiatke. Jest to zdecydowanie wiata de lux. Nowa, szczelna, pachnąca. W srodku dwie szerokie ławy, duzy stoł, drzwi zamykane od srodka na skobelek. Jest tez pięterko ale wyjscie na gore wymaga sporych umiejetnosci akrobatycznych. Nie widze nocnego złazenia do kibelka. Bedziemy zatem spac na ławach.









Przed wiatką jest mini plac zabaw dla dzieci





oraz proekologiczne tabliczki majace na celu chyba zniechecenie turystow do smiecenia (kosza przy wiacie nie ma )



Gotujemy pulpe a potem chowamy sie do wiaty raz z zimna a dwa zaczynaja nas pozerac meszki. Nie wiem skad ich tu takie ilosci i na dodatek ulubily sobie grzyzienie mnie po oczach i wlazenie do nosa.
Wieczór i noc jak na czerwiec sa mocno chlodne (potem nam mowili ze na Okraju bylo w nocy 5 stopni).

Spac kładziemy sie dosyc wczesnie. W srodku nocy budzi mnie warkot silnika. Przed wiate zajechało jakies auto, widac przez szczeliny mocne swiatła reflektorow. Ki diabeł? W nocy? Tak wysoko? W parku narodowym? Slychac trzaskanie drzwiami, silnik milknie a zaczyna byc slychac kroki i dwa gadajace po czesku glosy. Szarpia drzwiami wiaty ale żeby nam nie wialo zamknelismy drzwi na skobelek. Wyjscie ze spiwora jest ostatnia rzecza na jaka mam ochote o tej porze (gadanie w jezyku ktorego nie rozumiem tez nie stoi zbyt wysoko w rankingu ). Zwlaszcza ze to jakos nie wyglada na turystow planujacych wlasnie poczestowac nas borowiczka i rozpoczac impreze z gitara... Udaje wiec ze spie. Nie pukaja, nie wołaja zeby otworzyc. Chwile swieca do srodka latarka przez dziury po sękach. Rozsiadaja sie na ławach kolo wiaty i gadaja glosno chyba z poł godziny. Mimo ze wytęzam wszystkie zmysły aby cokolwiek zrozumiec z tej gadki nie udaje mi sie złapac zadnego sensu. Jakies poszczegolne słowa. Toperz tez sie obudzil i tez nic nie zrozumial.. Z tonu glosow nie odnosi sie wrazenia aby byli radosni ( bo sa w pieknych gorach), wystraszeni (bo zaraz im wlepia mandat za jezdzenie po parku) albo wkurzeni (bo nie dostali sie do wymarzonej wiaty). Nie robia tez wrazenie podpitych. Jedyne co najbardziej przebija z ich rozmowy to jakby znudzenie. Cos jak rozmowa dwoch kumpli w autobusie w poniedzialkowy poranek w drodze do pracy.
Jakis czas pozniej slychac ze wstali i oddalaja sie pieszo w strone Sowiej przeleczy. Czyli auto zostalo. Ciekawosc okazuje sie silniejsza od zimna i snu. Wystawiam nos z wiaty. Auto stoi dosyc daleko. Chyba terenowka. Nie chce mi sie do niego podchodzic. Zwlaszcza ze własnie zaczal padac deszcz.
Patrze na zegarek. Jest godzina druga.
Zasypiamy. Jakis czas pozniej (nie wiem, juz nie patrzylam na zegarek, ale bylo jeszcze zupelnie ciemno) znow nas zbudzily glosy i warkot silnika. Znaczy wrocili i odjezdzali

Rano chyba gdzies od 6 slychac ruch na szlaku. Chyba glownie biegacze i rowerzysci. Kolo 10 opuszczamy wiate i chyba w sam czas bo zaczynaja od Okraju ciagnac istne pielgrzymki! Minelismy okolo 50 osob. Wszyscy przygladaja nam sie ze zdziwieniem ze suniemy pod prąd tej lawiny.

Nie wiem czemu ale przelecz Okraj jawila mi sie jako przedsionek piekła. Nigdy tu wczesniej nie bylam ale z opowiesci myslam ze to bedzie cos gorszego niz Karpacz, Szklarska i Stog Izerski razem wziete. Ze mnogosc wypicowanych pensjonatow, parkingow i nowych aut osiagnie takie rozmiary ze jedynym wyjsciem bedzie wsadzenie glowy do plecaka i pokonywanie dalszej drogi po omacku i biegiem
No jest troche restauracji, hoteli i ludzi. Ale dominuje stara drewniana zabudowa.



A i auta zdarzaja sie fajne!



A juz calkiem zaczyna mi sie podobac to miejsce po polskiej stronie. Po opuszczeniu czeskiej czesci uderza cisza. Wkraczamy na stary asfalt tworzacy jakby parking przy drewnianych domach. Cos jakby troche zapomniane uzdrowisko albo stary kemping nad jeziorem. Zapach impregnatu do drewna. Kwitnacy krzew. Tuląca sie do okien kosodrzewina. Szum traw. Powiewa jakies pranie. Gdzie mysmy trafili?? Wzrok przykuwa tabliczka. Schronisko PTTK Okraj.







Obsluga jest wybitnie sympatyczna. Usmiechniete gęby. Chca pogadac a nie tylko "kupuj, płac i spadaj". Pytaja o nasza trase, gadamy o wiatach w okolicach, oprowadzaja po schronisku (jako ze wyrazilam chec zanocowania tu jesienia). Kupuje nalesnika. Drugiego dostaje gratis. Podgrzewaja mi piwo z korzeniami i miodem mimo ze nie ma takowego w cenniku. Oprocz nas w schronisku stołuje sie jeszcze tylko para odzianych w skóry harleyowcow, których postrzepione fragmenty ubran fukoczą na wietrze gdy pozeraja dymiacy zurek a w błyszczacych hełmach przeglada sie słonce. Jest jeszcze jakas babcia z wnuczkiem niejadkiem.
Wyjatkowo mi sie tutaj podoba!