Na nocleg zatrzymujemy sie na lesnym parkingu za Wolą Niżna. Mam w tym miejscu troche irracjonalne obawy. Cztery lata temu wracalismy z Ukrainy skodusia, droga Komańcza- Tylawa. Byla chyba 3 w nocy, szosa ciemna i pusta. W skodusi ja, toperz i Piotrek z Andrychowa. Minelismy ten lesny parking i kawalek dalej na droge wyskakuje okolo 10 psów. Rzucaja sie z zębami do okien, gryza lusterka, probuja wyskoczyc na maske.. Odruchowo zakrecamy okna. Mimo swiadomosci ze chroni nas przeciez gruba blacha zrobilo nam sie troche nieswojo.. A gdyby samotny wedrowiec zmierzal noca z Jasiela na Polany Surowiczne? Normalna przeciez rzecz. Szlismy tak kiedys.. Nie byloby szans obronic sie przed ta agresywna wataha...
Wiem ze minela kupa czasu, ale bezsensowna mysl gdzies kołacze sie w podswiadomosci - a moze one grasują tu co noc?

Pole namiotowe jest polozone na gorce wiec sa super widoki na cala okolice.







Sciagamy sporo drewna na ognisko, slonce zachodzi nad obłymi wzgorzami a swierszcze dlugo grają pod niebem pelnym gwiazd.



Psów nie było...

Rankiem odwiedzamy cerkiew w Daliowej.



Łazimy wokol a po chwili przychodzi miejscowy z kluczami ze on nam otworzy zebysmy sobie i w srodku obejrzeli.



Opowiada ze obecnie cerkiew jest nieuzywana, ze pop wyjechal a w okolicy mieszka tylko jedna rodzina łemkowska i nie oplaca sie dla nich utrzymywac cerkwi. Niemiłym akcentem jest ze na koniec mowi ze nalezy sie po 10 zl od osoby "za fatyge" i tyle mu zwykle turysci daja. Chyba se jaja robi! Pospiesznie sie oddalamy, ale niesmak zostaje, zwlaszcza ze probowal nas postawic przed faktem dokonanym.

Ruszamy ku Słowacji. Najmniej glowna droga na poludnie prowadzi przez tereny dawnych wsi Lipowiec i Czeremcha. Brody, zerwane mosty, pylisto-kamienista droga płynnie przechodzaca po bokach w płowe pola, gdzieniegdzie usiane pachnacym chwastem lub zmurszalym krzyzem.





Przy drodze dwie nietypowe tabliczki kierunkowe- informujace ze zdecydowanie w dobra strone zmierzamy! Ktos mial rewelacyjny pomysl!





W Czeremsze ciekawy cmentarz. Lezy na nim pani Żaneta. Urodzona i zmarla w USA. Jej rodzice pochodzili z Czeremchy, zostali stad wysiedleni. Musieli chyba bardzo tęsknic za rodzinna wioska. Musieli duzo opowiadac corce o beskidzkiej dolinie na koncu swiata. Marzeniem pani Żanety bylo aby jej prochy spoczely na ziemi przodkow. Kilka lat temu marzenie sie spełnilo..
Usmiechnieta babka spoglada z granitowej tablicy na szerokie łany pustych łąk. Wrócila do swoich.



Granica migneła nam gdzies na pagórku. Widokowa droga zjezdzamy w doline





W Czertyżnym mijamy murowana cerkiew.



Chyba mieszka tu w okolicy sporo Łemków bo nie tylko nazwy miejscowosci sa dwujezyczne ale tez napisy na wielu sklepach.

W Medzilaborcach drobne zakupy i kolejne dwie cerkwie.





Snujac sie po miasteczku wpadamy w srodek osady cyganskiej. Nagle gęby wspolprzechodniow staja sie bardzo śniade a zagospodarowanie blokowiska swiadczy o braku zamilowania do nadmiernego porzadku Sznury uginaja sie od kolorowego prania, biegaja stada umorusanych dzieciakow a mlodziency przygladaj sie spode łba.







Ziutka troche zna jezyk cyganski jako ze w dziecinstwie przyjaznila sie na wroclawskich podworkach z gromadami okolicznych Cyganiątek. Ale chyba maja tu jakis inny dialekt bo ponoc niewiele mozna zrozumiec z rozmow mijanych przechodniow.