hallo,
nooo!
Heniu ...dla Ciebie wszystko !
(no prawie,ale niech będzie wszystko)
odnośnie moich ponadracjonalnych wrażeń z ostatniej eskapady...
wyobraź sobie ...Ty leżysz ,a obok Ciebie Czerwony Kapturek...a tam jeden ...dwa Czerwone Kapturki !!!
Ja widziałem...wprawdzie spoglądałem lekko pod słońce...
(pozdrawiam Cię serdecznie Teresko)
A Małgośka w międzyczasie podgląda jakiegoś robaczka !
Wracam na Kinczyk Hnilski...a wieczorem powrócę na Pikuja
(z panoramą pod pachą )
http://tomeksinek.com/images/panoram...yk_Hnilski.swf
"Najlepsze miejsce na namiot .jest zawsze troszkę dalej..."
halo,
Wątek jest już zamknięty (chyba:) ).
Toteż chciałem się jeszcze pożegnać (patrząc za okno- na deszczową aurę -brrr! )
słoneczną i o wysokiej temperaturze (barwowej) fotografii.
http://tomeksinek.com/images/panoramy/PIKUJ.swf
Ps.
Jedliśmy bardzo dobre ruskie pierogi (ciasto wręcz przeźroczyste i widać było farsz !!! ).
Było to w lokalu o pewnym brzozowym aspekcie w nazwie ,
w Baden-Baden ukraińskiego Podkarpacia-Zakarpacia.
;0
:) :)
Ps. 2
To kółeczko na dole panoramy nie jest tylko wynikiem mojego lenissstwa,ale zarówno ochroną mojego prawa jako autora.
Za które szczerze żałuję .
:)
Ostatnio edytowane przez Pierogowy ; 09-09-2013 o 19:34 Powód: kółeczko
"Najlepsze miejsce na namiot .jest zawsze troszkę dalej..."
Ten kwiatek to jest goryczuszka wczesna. Dość pospolity również w Tatrach.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Goryczuszka_wczesna
Zajęci zbieraniem borówki brusznicy nie rozglądaliśmy się wokoło i dopiero coraz głośniejszy warkot poinformował o zbliżającym się niebezpieczeństwie.
Zajęliśmy bezpieczne pozycje aby z dystansu obserwować kolejne krossy dosiadane przez dzielnych rycerzy, którzy świetnie sobie radzili na wąskich ścieżynkach borowinowych
Tam gdzie brusznica wyłaziła na skały tam było bezpiecznie, tam ryczące motory nie miały dostępu
.
Idąc za przykładem borówek wleźliśmy na skalne półki Nandagu. Tam było spokojnie, tam było pięknie, tam można było poczuć się w innym wymiarze.
.
Tylko pozostający w powietrzu lekki smrodek spalin i oddalających się postaci dawał do zrozumienia że to już KONIEC.
To zbliża się koniec epoki dzikich gór po których wędrowało się samotnie. Nie da rady uciec przed cywilizacją.
Z każdym krokiem przybliżała się charakterystyczna postać króla Pikuja , króla który panuje w całych Bieszczadach
.
Gdy zbliżaliśmy się coraz bardziej do ostatniego podejścia szczytowego coraz więcej postaci pojawiało się. Jeszcze parę kroków , jeszcze dwie zakręcone
skałki i jest już ................. koniec
Ten tłum ludzi na szczycie to koniec świata, nie było gdzie usiąść
.
Na szczęście 5-osobowa rodzinka małymi dziećmi postanowiła opuścić szczyt.
.
Czy tam też powstaną barierki jak na Tarnicy ?
Czy tam też wkrótce będą opłaty i limitowane wejście jak na Trzy Korony ?
I znowu ta sama myśl przyleciała, że to już chyba ostatni wyjazd na Pikuja, bo przecież coraz trudniej będzie się przebić przez te tłumy.
Nie posiedzieliśmy długo w tym hałaśliwym towarzystwie i zarządzony został odwrót w stronę Szerbowca.
To najbrzydsza i najbardziej męcząca wersja ze wszystkich które prowadzą na Pikuja.
Do tego jeszcze to przygrzewające słonko które postanowiło na koniec dnia jeszcze przypiec.
Nudna, stroma ścieżka prowadząca przez las wreszcie się skończyła i pojawił się obraz zagubionej zakarpackiej wioski ozdobionej cerkwią
.
Ale przyznam że, nie cerkiew nas najbardziej interesowała ale miejsce nazywane przez miejscowych jako "magazin"
Owszem , przechodząc obok kolega Pierogowy coś wspominał że piękna dzwonnica, ale nie to chodziło po głowie.
Wreszcie nastąpił ten moment , ten na który czekaliśmy od samego początku wędrówki, moment gdy usiedliśmy na werandzie sklepu, trzymając w dłoni piwo prosto z beczki
i patrzyliśmy szczęśliwi na oświetlonego zachodzącym słońcem króla Pikuja , a mijający czas odmierzał na słonecznym zegarze przesuwający się cień kopuły cerkiewnej
.
Gdy zegar całkiem zgasł , a kolejnego kufla nie można było pochłonąć, pojawił się pomysł aby udać się do pobliskiego kurortu czyli do Żdenewa.
Nie to żeby tam piechotą, mieliśmy już dość chodzenia i zaczęły się rozmowy z tamtejszą ludnością czy aby ktoś we wsi nie był w posiadaniu samochodu.
Jeden taki co opowiadał nam wcześniej jak to w Armii Czerwonej walczył w Afganistanie i dostał nawet za to order, zaofiarował się odszukać "maszynu"
Poszli wraz z Pierogowym aby ustalić warunki. Chwilkę po tym rozległy się z pobliskiej dzwonnicy dźwięki dzwonów.
Coraz , donośniej, coraz głośniej , po prostu cały koncert na dzwonach.
Co się dzieje ?
W jakim celu dzwonią one, przecież jest sobota wieczorem ludzie i kury kładą się tu spać !
Zagadka rozwiązała się za chwilę , gdy wrócił Pierogowy lekko się zataczając. On to w towarzystwie miejscowego dzwonnika urządzili ten koncert na cześć turystów z Polski.
Wiele rzeczy widziałem w tym kraju, ale pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć w koncercie cerkiewno - dzwonnym na swą cześć.
a Pierogowemu proponuję przyznać tytuł "Dzwonnika Roku " w najbliższym plebiscycie Powsimordowym
.... że nie wspomnę o upojnej nocy w pensjonacie w Baden-Baden , który nad ranem przybrał zgoła niespodziewane oblicze
.
hm13_9439.jpg
Kupiłem sobie Lwiwske 1715 za złotówki. Nie dość, że za złotówki, to jeszcze nie od sąsiada przemytnika, ale w pobliskim markecie.
Takie marketowe Lwiwske, nawet jeśli smakuje tak samo jak Lwiwske pite TAM, to _tu_ smakuje całkiem inaczej; dużo gorzej (dobrze, że bałkańskich piw nie przywiozłem na pamiatkę, bo by tylko wspomnienie smaku popsuły).
i tak pije sobie to Lwiwske i czytając opis ekskursji próbuję się doliczyć ile mi planowanych Pikujów umknęło. Pikuje może nie zające, choć uciekają, ale to dzwonienie dzwonnicą przepadło z kretesem![]()
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)
Zakładki