Odwiedzamy cerkiew na wysokim pagorku. Wychodzaca bokiem rura sugeruje ze budynek musi byc ogrzewany jakims fajnym piecykiem!





Pasa sie przy niej owce i jest ogrodek warzywny





W przycerkiewnym kiblu jest ciekawe wyposazenie. Zamiast srajtasmy (albo ostatecznie gazety lub ksiazki) jest szmata. Jej stan sugeruje ze ktos zapewne nie raz uzył jej w celu wiadomym. Obok leża cukierki. Aby osłodzic sobie zycie po uzyciu szmaty?





Idziemy do jednego z gospodarstw aby nabrac wody. Widac tutaj zasada wpajana dzieciom "nie rozmawiaj z obcymi" jest posunieta kawalek dalej. Gdy podchodzimy do zabudowan radosnie bawiace sie dzieci w panice rzucaja zabawki i chowaja sie w domu, w szopie, w kurniku. Po chwili jedna z dziewczynek wybiega z szopy, łapie na rece pozostalego na podworzu rocznego szkraba i razem ukrywaja sie w budynku. A moze nie kazdy obcy budzi tu taka panike? Slyszalam kiedys ze dawno temu Indianie bardzo bali sie białych najezdzcow gdy jezdzili oni konno. Odbierali ponoc jezdzca z koniem jako jeden organizm- nieznany, szybki, o przerazajacym ksztalcie i wielu odnozach. Bostwo albo potwor- nie moze byc inaczej! Moze w Foszkach czlowiek z plecakiem jest wlasnie tak odbierany? Jako nieznany mutant o nieprzewidywalnych i zapewne zlych zamiarach? Moze w plecaku ukrywa wlasnie te dzieci co wolniej biegaly?

O dziwo w tej małej wiosce sa dwa sklepy i nawet jeden jest otwarty. Drewniany domeczek, weranda, lep na muchy.



W przysklepowej wiatce rozsiadly sie cztery kobity. Chyba nad flaszka obgaduja facetow, bo z ich sciszonych glosow jestem w stanie wyodrebnic tylko powtarzajace sie czesto meskie imiona.
Pytam sprzedawczyni czy sa moze kalmary do piwa. Niestety nie ma. Babka proponuje mi suszona rybke. Biore na probe jedna. Moja rybka jak sie okazuje ma wage ujemna! Babka kladzie rybe na szalke wagi- szalka leci do gory! Babka zdejmuje rybe, taruje wage, kładzie- to samo. Kładzie cukierka- szalka w doł. Kładzie rybke- szalka do góry! Magia!
Ludzie w kolejce rechocza ze smiechu, ze trzeba bedzie teraz doplacic dziewuszce zeby rybe wziela!



Dziadek z kolejki prosi "Dajcie mi dwie "lampoczki" po sto". Babka bez namyslu bierze dwa stakańczyki i nalewa dwa razy po sto gram. Dziadek troche zmieszany: "Ale ja chcialem dwie zarowki, setki". Ostatecznie jedna setke wypija. "Widac to byl znak! No i co- ma sie zmarnowac?". Druga setka laduje spowrotem w butelce. Dobrze ze butelka miala normalna szyjke a nie taka nowoczesna z kulka bo moglabym zostac postawiona w sytuacji bez wyjscia

Wieczor za pasem wiec suniemy droga w strone wysoko polozonych przysiolkow zwanych Tesnycka.



Drogi sa tutaj bardzo dobrze oznakowane tzn zadbane jest o to aby na kazdym skrzyzowaniu byla informacja o zasadach pierwszenstwa.





Ta droga wedlug znakow jest drogą podporzadkowana.



W pewnym momencie gdy tak sobie idziemy droga nagle staje mi przed oczami Bogdanówka koło Skomielnej gdzie spedzalam z rodzicami wakacje jak mialam 4 lata. Nie wiem czy podobny widok, czy ten wieczor nad pylista droga, czy moze jakies zapach zaleciał- nie wiem. Staje mi przed oczami tamto miejsce sprzed dwudziestu paru lat. Miejsce ktore wtedy zadziwiało mnie dzikoscia, przepastnymi lasami i wąwozami (jak dla czterolatka ) i na dlugo zostalo w pamieci. Jakbym na ułamek sekundy zobaczyla tamten swiat, tamtych ludzi, tamta droge.



A potem znow jestem na Ukrainie i szukamy noclegu w pomaranczowym blasku slonca. Nie jest prosto- domy i domy, ciagnace sie wsie połagodnych pagorkach. Nie bardzo widac lasek czy łąke pod namiot.



Ale widac krowy. Jedna sie pasie a druga akurat jest dojona w komorce. Pytamy babke czy nie sprzeda nam troche mleka. Babka sprzedac nie chce ale mowi ze chetnie nam da butelke mleka. Mleko jest tak swieze ze swiezsze to juz byc nie moze. Ciezko nawet nabrac kubeczkiem z wiadra bo wszystko jest pokryte apetyczna pianka. Babka nalewa nam butelke i jeszcze kubeczek z samego wierzchu. To chyba jest smietanka nie mleko bo jest jakby tlustsze i niesamowicie slodziutkie! Jest jeszcze cieple i ma zaklety w smaku aromat tutejszych pol. Czuc w nim kwitnace kwiaty, rozlegle gorskie hale, wiatr i cykanie swierszczy. Takiego mleka to bym wypila wiadro (a potem by mnie pokrecilo... )





A to wszystko z takimi widokami....





Toperz nadmienia ze ja nie umiem doic krowy. No tak, raz probowalam ale krowa zdawala sie byc pusta i dostalam w pysk ogonem...
Babce nie trzeba dwa razy powtarzac. Myje dokladnie wymiona, wyciera miekka szmatka w pajacyki. Podstawia wiadro, pokazuje co i jak. I hura! Mleko nawet troche leci. Tylko takim strasznie cienkim strumieniem. Jak babka doi to leci jak z kranu... Krowa kilkakrotnie odwraca glowe i patrzy na mnie jak na calkiem glupia. Babka sie cieszy i mowi ze pewnie do rana wiadro bym udoila. Na pocieszenie mowi mi ze pare lat temu zabłakala sie tu jakas dziewczyna z Czerniowcow i jej dojenie tez nie szlo za dobrze. Toperz twierdzi ze trzeba by mnie tu na rok zostawic to bym sie wszystkiego co trzeba nauczyla!