Poranek o dziwo wita nas pogodny. Sianokosy w pełni.
Wogole jest tu strasznie duzo owadow roznorakich. Lataja dawno nie widziane przeze mnie trzmiele. Jest duzo pszczol. Sa chrabąszcze. I tysiac gatunkow much. O połyskliwych korpusikach, w odcieniu zielonkawym lub rozowym, w paseczki lub bialoczarne plamy. Sa roznej wielkosci i koloru żuki. Do namiotu wpelzaja ochoczo szczypawki.
W Polsce jakos ostatnio widze ze z roku na rok populacja owadow maleje. Lipy coraz rzadziej graja od pszczol, do arbuza nie leca osy a letnia łaka w gorach jest czesto martwa, jak pozna jesienia.. Tylko komary i meszki maja sie calkiem dobrze.. Nie wiem jaki jest tego powod. Czy to te szeroko zakrojone akcje opylania miast i wsi z helikopterow jakims chemicznym g.. celem wytepienia komarow? (Oława w tym sezonie byla opylana dwukrotnie)
Moze od tego owady padaja i tylko komary mutanty graja wszystkim na nosie?
Z owadow niestety tutaj najaktywniejsze sa osy. To ponoc ten rok jest wyjatkowy gdzie stanowia istna plage! Miejscowi potwierdzaja ze nie pamietaja kiedy by osy tak obrodzily. Bardzo uprzykrzaja im zycie podczas prac gospodarskich. Gryza nawet krowy, glownie po oczach. Najtrudniej jest w czasie jedzenia. Trzeba miec oczy dookola glowy zeby zadna osa nie wlazla do kanapki albo kubka. Mnie upalila jedna, w łokiec, jak siedzialam nad potokiem, calkiem z zaskoczenia. Drapie sie dwa dni
Schodzimy na przełaj w doline.
Kolo jednego domu kreci sie facet z dwojka dzieci. Pytamy o wode. Facet mowi ze tu nie ma ujecia i zeby isc za nim. Jestem pewna ze idziemy do studni. Bierzemy ze soba trzy butelki. Zatrzymujemy sie pod drzewem gdzie lezy litrowa butelka. Gosc mowi ze odleje nam polowe i ze wiecej nie ma, bo nosi wode z dołu. Jest ich troje, jest upalny dzien a on chce nam oddac polowe swojej wody???? Goscinnosc i bezinteresownosc ludzi w takich miejscach czasami po prostu przytłacza, rozkłada na łopatki i nie pozwala sie podniesc... Gdy odzyskuje umiejetnosc mowienia, dziekuje bardzo za wode i obiecuje nabrac sobie na dole aby im nie uszczuplac skromnych zapasow.
Kawałek dalej spotykamy kosiarzy.
Oczywiscie jak zwykle wszyscy biora toperza za popa. Jakos w gadce wychodzi ze ja nie umiem obslugiwac kosy. Odbywa sie wiec krotki kurs gdzie pierwsza lekcja jest ja wogole kose nalezy trzymac.
Młodzi kosiarze prawie turlaja sie ze smiechu ze ktos moze takich podstawowych rzeczy nie umiec.
Po chwili nawet calkiem dobrze mi idzie, trawa nawet ladnie i rowno sie kładzie. Lepszy bylby ze mnie kosiarz niz dojarka!
Najstarszy z ekipy opowiada ze zapewne nieraz przejezdzal przez Oławe bo w latach 70 tych sluzyl w wojsku w Niemczech i kilkakrotnie przemierzal Polske jadac i wracajac z przepustki.
Niesamowite jak wazna role pelnilo dla miejscowych wojsko. Praktycznie w rozmowie z kazdym tutejszym facetem temat armii wczesniej czy pozniej sie przewinie.
Pozniej spotykamy tych samych kosiarzy w wiosce w dolinie jak wracaja do domu na obiad. Dostajemy zrodlanej wody z wlasnego ujecia. Chca nas czestowac obiadem ale udaje nam sie wykrecic. W garnku nie ma zbyt duzo a cala ekipa głodnych chlopakow wrocila z pola i dzwoni lyzkami o miski.
Pytamy o Wipczyne. Wedlug opowiesci gospodarza bywaja tam turysci. Jest tam cerkiew i pop ktory tych turystow gosci. Niedawno widziano tam dziewczyne z chlopakiem i szarym namiotem. Musza to byc jednak jakies opowiesci " z drugiej reki" bo gospodarz osobiscie dawno w Wipczynie nie byl. Automatycznie nabieram ochoty na wino mszalne i oczyma wyobrazni widze toperza sluzacego do mszy podczas porannej jutrzni gdy mgly jeszcze spowijaja doline...
Wogole Wipczyne to upatrzylam sobie na mapie juz pare lat temu. Wioska polozona wysoko w gorach, na 1300 metrow, gdzie nie dochodzi zadna droga tylko splatane sciezki. Jest tam cerkiew. Wioska zdaje sie byc spora bo jest znaczona nawet w atlasach samochodowych (podczas gdy inne okoliczne wsie znaczone nie sa). Ciekawa wydaje mi sie taka wioska bez dojazdu, otoczona wokol gorami.


Odpowiedz z cytatem