Do Płoskiej docieramy o 16:30. Pol godziny po odjezdzie ostatniego autobusu na Putyłe.
Wioska jest nieduza ale jest tu tartak
oraz dwa sklepy i dwie knajpy.
W jednej z knajpek o wdziecznej nazwie "Zabawa" jest sklad chleba i pomidorow. Sa dwa stoly za kotarami i nie ma nic cieplego do zarcia. Ale sa dobre wedzone ryby. Widac tu sia zakąsza a nie jada.
Podknajpiana szatnia
Babka w sklepie pytana o Wipczyne mowi ze kiedys tam byla duza wies ale opustoszala po pozarach podczas ktorych plonely lasy, poloniny i gorskie przysiolki. Nie wie jednak kiedy te wydarzenia mialy miejsce i dlaczego wies zniknela a cerkiew ocalala. Jak juz schodzi na cerkiew to opowiada ze dwa razy do roku np. na Piotra i Pawła odbywaja sie nam nabozenstwa i wtedy zjezdza sie po kilkaset pielgrzymow. Sprzedawczyni jednak chetniej niz o Wipczynie opowiada o jakiejs rodzinie artystow z Petersburga ktorzy spedzali w ich wiosce kilkumiesieczne wakacje, chodzili po okolicznych gorach i nawet sie nie zgubili.
Myslimy co robic.. Łapac stopa na Putyłe? Znajac nasze szczescie to zmrok zapadnie, wilcy nas zjedza a nic sie nie zatrzyma.. A nawet jak tam dojedziemy to co? Postawimy namiot w centrum? Do Czerniowcow to juz sie dzis nie dostaniemy. Wracamy wiec do wiatki na obrzezach wsi. Wiatka troche przemaka ale damy rade. Podscielamy pokrowce i nawet nie kapie tak bardzo.
Mijaja nas gruzawiki z drewnem i bez, dzielne ziguli ktore nie zwalniajac pokonuje przepastne kałuze. Wraca tez jakis zmeczony zyciem tubylec narazony na tajemnicze boczne wiatry. Przechodzi kolo wiaty chyba dwa albo trzy razy. Wyglada na to ze nie pamieta drogi do domu..
Okolice spowija ciemna, bezksiezycowa, wilgotna noc..
Wstajemy o 6 zeby zdazyc na autobus. Chmury i mgly wisza w dolinie wiec jest prawie zupelnie ciemno. Sunac droga spotykamy roztrzesiona babinke. Zaginelo ciele. Paslo sie na łace. Bylo tam jeszcze o 4 rano. Niedaleko stalo czerwone żiguli i krecil sie facet. Babka go zna. Mieszka nieopodal i nie ma dobrej sławy. Nigdzie nie pracuje i porzucil juz trzy zony. O piatej nie bylo juz ani cielęcia, ani auta ani faceta. Babcia ma najgorsze podejrzenia.. Niestety nie widzielismy dzisiaj ani cielaka ani takiego auta. Chcielibysmy jakos pomoc babce ale nie wiemy jak? Isc z nia i szukac cielaka po wąwozach? Nawet nie wiemy jak wygladalo.. Tu wszedzie jest pelno wszelakich krow i jak dla nas wszystkie sa do siebie podobne.. Mowimy jej zeby spytala w tartaku, moze lisoruby cos widzieli.
Jesli by oglosic konkurs na najbardziej zabagniony przystanek autobusowy to ten w Płoskiej mialby spore szanse wygranej. W niektorych miejscach wokol lawki czlowiek zapada sie w błoto prawie po kostki.
Marszrutka wiezie nas przez skapany w deszczu i mgle swiat, wygladajcy przez to juz prawie jesiennie. Zaparowane, brudne okna nie ułatwiaja robienia zdjec a pare razy by warto.. Szkoda ze sie nie udalo uwiecznic kilku scenek- ciekawych obrazkow..
Na srodku ogrodzonej belami zagrody stoi cos jakby zuraw studzienny albo szubienica. Wisi na tym spory martwy ptak. (zeby skruszal?) Jest nieoskubany, koloru brazowo-szarego. Pod nim pasie sie stadko kur. Niektore dziobia wysypane przez babuszke ziarno. Niektore zadzieraja łebki i przygladaja sie wiszacemu. To chyba jak "memento mori", majace przypominac przedstawicielom przydomowego inwentarza o marnosci zycia na tym padole.
Kawałek dalej zwraca uwage spory dom, odcinajacy sie od drewnianej, typowo wiejskiej zabudowy. Klasyczny "gargamel" nowobogackich. Fikusne wieze, lsniacy dach, lwy na pseudoantycznych kolumnach podpierajacych taras. Przed domem spory ogrod. Na srodku ogrodu pryzma swiezo zebranych dyń. Obok kilka kobiet w kolorowych chustach grabi siano. Układaja je na spory snopek, podchodzacy az pod pyski przytarasowych lwow. Wyglada jakby lwy wcinaly to siano..
W jednym z przydomowych ogrodkow jest rowno scieta trawa. Na srodku tej łaki stoi dmuchany basenik dla dzieci. Jest duzy, tęczowy i przyozdobiony jakimis misiami z kreskowek. Jest rano a poza tym dosc chlodny dzien. Raczej zadne dziecko nie zdecyduje sie na kapiel. Moment ten wykorzystalo stadko domowych kaczek, ktore krecac radosnie kuprami plywa w kolko po baseniku.
Na trasie Płoska- Wyznica zaobserwowalam tez sporo aut jeszcze na starych, czarnych , radzieckich blachach. Dwa gruzawiki , cztery osobowki. Wszystkie raczej na chodzie. Ostatnio juz rzadko sie takowe widuje, w miastach juz praktycznie wogole.
Teren przez ktory jedziemy bardzo ucierpial podczas powodzi w 2008 roku. Raz po raz mijamy spore odcinki zerwanej przez Czeremosz drogi. Widac skrawki asfaltu poprzyczepiane do skarpy, widac znaki drogowe i słupy na wysokim brzegu. Drogi juz tam nie ma. Poplynela gdzies ze wzburzonym nurtem rzeki, dzis wygladajacej na calkiem spokojny potok.
Jedziemy pobudowanymi objazdami, szutrowymi odcinkami zawieszonymi prowizorycznie metr, dwa nad korytem rzeki. Mijamy drewniane mostki mocno skrzypiace pod ciezarem marszrutki. Jeden z nich oparty jest na jakis zardzewialych beczkach. Przed zadnym nie ma informacji o "nosnosci mostu"..(gruzawiki z drewnem przejezdzaja zawsze brodami). Widac ze przy kolejnej powodzi to wszystko zniknie ale moze przynajmniej nie bedzie tego tak szkoda jak porzadnej drogi i solidnych mostow ktore woda by i tak zabrala? Miejscowi domowym sposobem konserwuja chybotliwe kładki
Gory sa tu jakies pionowe, olesionymi urwiskami opadaja w doline. Chodzic po nich to by sie chyba raczej nie dalo. Az dziw bierze ze drzewa jakos daja rade trzymac sie tych skarp.
Nagle nieoczekiwany postoj. Kierowca pobiegl do przydroznej slawojki a wracajac zagadal sie z mijanym woznica furki wiozacej jakas ogromna beczke.
W Czerniowcach decydujemy sie przelac wino do plastikowej butelki- po co dzwigac szklo? Przelewac na dworcu wsrod ludzi jakos tak glupio. Postanawiam dokonac tego zabiegu w kibelku. Pusta szklana butelke wrzucam do kosza, tam gdzie sie umieszcza zuzyta srajtasme. Godzine pozniej gdy ponownie odwiedzam dworcowy kibelek widze jakies zamieszanie i zgromadzenie. Stoja dwie babcie klozetowe, trzy sprzataczki i dwoch straznikow. Jedna ze sprzataczek trzyma w rece moja pusta butelke i zdumionym glosem opowiada ze znalazla to w koszu w kabinie. "Ktos wszedl i wydoil cala butelke naraz". Straznik ze zrozumieniem kiwa głowa- "Ale ta butelka wcale nie taka duza. No i to wino nie wodka. Nic dziwnego, ze przyszedl wypic do kibla. Na dworcu teraz pic nie wolno". Sprzataczka nie daje za wygrana i broni swego: "Żenia, ale to w damskim bylo!".. Ooooooo.... Tu nawet Żenia sie zadumał i zaczal drapac za uchem- "A moze cos jeszcze ciekawego tam w tym koszu bylo? Jestescie pewne ze tam nie wchodzil zaden facet?". Babcia klozetowa w niebieskim fartuszku w kwiatki cmoka poruszona- "Czterdziesci jeden lat tu pracuje i rozne rzeczy sie w koszach znajdowalo ale butelki po polslodkiej Izabeli to jeszcze u nas nie bywalo. Jak jutro Lusce opowiem to za Boga nie uwierzy".
Sa tak zafrapowani znaleziskiem ze nawet nie zauwazaja ze nie ide do kibla jak kazdy normalny podrozny tylko stoje przy umywalkach i sie przysluchuje... Usmiecham sie przy tym tajemniczo i zastanawiam czy by jeszcze czegos ciekawego nie wsadzic w tutejszy kosz celem ubarwienia szarej i monotonnej roboty dworcowych porzadkowych...
Z Czerniowcow jedziemy płackarta.
Wagon jest jakis taki nowiuski co go chyba dopiero co wypuscili z fabryki. Zaobserwowalam dwie zmiany. Dobra i zła. Dobra jest ze kibel nie jest zamykany na godzine przed kazdym miastem. Jest to kibel ze zbiornikiem wiec mozna korzystac tez na stacji.
Minusem jest czesciowe zamkniecie bocznych przedzialow plastikowymi sciankami tzn nogi juz nie zwisaja do korytarza. Jako ze nie moga tam zwisac to nie ma ich gdzie dac.. Ja sie mieszcze na takowej polce na wcisk a do olbrzymow raczej nie nalezy. Toperza trzeba by chyba zlozyc na pol albo zwinac w slimaka..
We Lwowie coraz mniej mozna poczuc ze sie wyjechalo na wschod.. Na dworcu pociagi sa zapowiadane po angielsku a napisy na wyswietlaczach nie sa bynajmniej w lokalnej czcionce.. Dwujęzycznie opisane nazwy ulic... Przy dworcu naroslo sporo plastikowych pstrokatych fastfoodow o klimacie rodem z McDonaldsa i rownie pożywnym i smacznym jedzeniu.
Udaje sie natomiast zrobic udane zakupy spozywcze na bazarze. Mleko, ser, smietana i dwie wspaniale wedzone ryby z ktorych jedna to biały amur a drugiej nazwy nie zapamietalam bo chyba slyszalam ja po raz pierwszy. No to mamy wspaniala wyzerke przez pare dni!
Na granicy z nasciennego plakatu dowiadujemy sie ze jestesmy groznymi przemytnikami a nasza kontrabanda jest gorsza od wodki i fajek na ktorych okolicznosc pogranicznicy trzepia lokalne "mrowki".. Plakat informuje ze do cudownie sterylnej UE nie wolno wwozic z Ukrainy mleka, miesa i sera! Nawet w malych ilosciach poniewaz mozna w ten sposob przeniesc grozne zarazki! No to pieknie- jak nam zabiora zarcie to ja sie chyba rozplacze! Nie dosc ze u nas tak trudno takie produkty kupic to se jeszcze przywozic nie wolno.. Jak nam kaza oddac to bedziemy siedziec na granicy tak dlugo az wszystko zjemy!
Wygladamy chyba jednak na klasycznych turystow co to w plecakach woza tylko goretexy, liofilizaty i brudne skarpetki bo po obejrzeniu dwoch menazek i jednej podkoszulki celnik zapina plecak i otwiera bramke. Żarcie uratowane.
Koniec wyjazdu martwi.. Ale nie tak bardzo jak zawsze..
Za niecale 2 tygodnie znow suniemy na wschod!!!!!!!!!!


(gruzawiki z drewnem przejezdzaja zawsze brodami). Widac ze przy kolejnej powodzi to wszystko zniknie ale moze przynajmniej nie bedzie tego tak szkoda jak porzadnej drogi i solidnych mostow ktore woda by i tak zabrala? Miejscowi domowym sposobem konserwuja chybotliwe kładki
Odpowiedz z cytatem