W Bieszczadzie za dużo wrażeń i za mało czasu jest na pisanie relacji. Oraz mam problemy z netem…
Powrót przez łąkę do karawanu. Wracamy nim do dużej szosy i nadal podążamy na północ. Ale nie za daleko… Na pierwszym rozstaju skręcam w prawo, na południowy wschód. Kiedyś już jechałem tą drogą, ale to było dawno. Nie skręcam w prawo do Domu Pomocy Społecznej – tego, w którym ostatnich swoich dni doczekał Majster Bieda – tylko jadę prosto. Postanowiłem dojechać do końca tej drogi. Minąłem wieś o narodowej nazwie i pojechałem dalej. Za wsią drogą podążała z buta malutka staruszka i dźwigała olbrzymie pakunki. Postanowiłem podwieźć kobiecinę dokądkolwiek by ona nie podążała. Zatrzymałem się i zaproponowałem transport. Staruszka powiedziała, że do domu ma niedaleko, ale ochoczo się zgodziła. Wziąłem od niej tobołki i o mało się nie ugiąłem się pod ich ciężarem. Siłaczka jakaś, czy co? Wsiadła do samochodu i pojechaliśmy jakieś 100 – 150 metrów. Zatrzymałem się przed jakąś ruderą. Opowiedziała mi, że miała z mężem wybudować dom, ale mąż zmarł… Teraz nawet pozwolenia na budowę nie ma. Odprowadziłem ją do domu, ale kazała zatrzymać się przed sznurkiem zagradzającym drogę do domu. Powiedziała, ze ma bardzo groźnego psa. Piesek szczekał na mnie, ale nie wyglądał na takiego, co potrafi skrzywdzić dorosłego człowieka. Powiedziałem to staruszce, a ona odpowiedziała mniej więcej tak: „ Panie, jak mu Pan będzie dawał kiełbasę to najpierw rękę panu odgryzie a potem zje ją razem z kiełbasą”. Nie miałem ochoty sprawdzać jej słów. Pożegnałem się ze staruszką i pojechałem droga dalej. Kilkaset metrów dalej droga okazała się zbyt wymagająca dla karawanu. Zawróciłem. Teraz obejrzałem sobie wieś. Wieś, jak wieś, ale domy w niej malownicze stoją, no może nie wszystkie. Zatrzymałem się przy cmentarzu ewangelickim. Przed ni stoi kamień ze zdjęciem kościoła, który stał w tym miejscu jeszcze nie tak dawno (dawno, to pojęcie względne jest). Sam cmentarz wykoszony, ale dawno chyba nie odwiedzany. Przed cmentarzem stoi dom z groźnie wyglądającym psem na łańcuchu. Pomyślałem przez chwilę, ze jest jakaś ustawa o psach, łańcuchach itd. Chyba Krysia (przedtem orsini) jest bardziej zorientowana. Następnie obejrzałem sobie (niestety tylko z zewnątrz) cerkiew, która została tu przeniesiona z Jasienia. Kurczę sporo świątyń w Bieszczadzie wędrowało z miejsca na miejsce…Za cerkwią jest stary cmentarz. Pojechaliśmy dalej. Na rozstaju dróg skręciłem na północ. Poczułem się raźniej. Raźniej, dlatego, że droga ta przypominała „stare” bieszczadzkie drogi. Dziura koło dziury. Powolutku posuwaliśmy się dalej. Można się przyglądać krzaczorom po obu jej stronach. Dojechałem do końca drogi. Mogłem skręcić w prawo albo w drugie prawo, jak mówi mój kolega. I tutaj spłynęła na mnie pomroczność jasna, albo cos takiego. Tam według mapy jest cmentarz, cerkwisko i cmentarz ewangelicki. A ja pojechałem w to drugie prawo na północ. Cóż będzie powód, żeby tu wrócić. Po prawej stronie drogi, jakieś pięćdziesiąt metrów od niej stoi auto i około 20 osobowa grupa młodych ludzi. Też się nie zatrzymałem, żeby zobaczyć, co tam jest… Minąłem po lewej stronie jakieś drewniane chatki i dojechałem do Końca. Koniec jak to koniec nieduży jest. Następnie zatrzymałem się przy cerkwi. Ładna Ci ona jest. Cmentarz za nią nieciekawy, ale jeden grób ładny jest. Potem jeszcze pojechałem do wsi Liskowate, do Ustrzyk do kolegi na kawę i wróciliśmy z Renatką do Zawozu. Ot, taki jeżdżony dzień….
Nie mam siły na to łącze internetoweZdjecia do tej części relacji dodam kiedy indziej. Przeepraszam


Odpowiedz z cytatem
