Jakoś cicho tutaj... To snuję swoja opowieść.
Dzień następny. Dzień najważniejszy.
Wstajemy grubo przed świtem (pamiętacie, że w Zawozie świta o koło 9:00). Wyruszamy karawanem na umówione spotkanie z Wojtkiem 1121. Mamy kawał drogi do niego, bo Wojtek stacjonuje u leśniczego Zygmunta na końcu świata, gdzie zasięgu telefonicznego nie ma. Postanawiam jechać normalnymi drogami, a nie przez przełęcz i stokówki. Po drodze mijam Zagrodę Kimbową, bacówkę z bacą i serami, czynną cerkiew murowaną i już jestem w obejściu Zygmunta. Przywitali nas kolega Wojtka i jego córka. Wojtek się gdzieś zapodział. Wypiliśmy kawę i znalazł się Wojtek. Kto zna tego jegomościa, ten się domyśli, że natychmiast przejął on inicjatywę. Zaproponował nam przejażdżkę samochodową po drogach, stokówkach i innych bezdrożach. Nie mieliśmy wyjścia. Wojtkowi się nie odmawia. Ja siadłem z przodu Wojtkowego rydwanu, reszta się poupychała z tyłu i jazda… Najpierw stokówką na przełęcz. Po drodze pytam się kierowcy, czy nie boi się jechać tedy, bo na początku drogi stał jakiś okrągły znak i to nie był zakaz zatrzymywania. Wojtek się roześmiał swoim tubalnym głosem i pokazał mi dwa kwity z dwóch różnych Nadleśnictw. Na chwile zatrzymaliśmy się na przełęczy, którą nasz kierowca nazwał swoja ulubioną przełęczą. Chyba on tak ją lubi, bo zawsze na niej jakieś promile są zakopane. Ale o tym sza…Pogadaliśmy tez o pomniku, który tu niedawno stał, a którego już nie ma. Uważam, że źle, że stał, bo i po co w tym miejscu ale i źle, że go ktoś zniszczył. Czyli i tak źle i tak niedobrze… Podjechaliśmy do hałaśliwej maszyny i skręciliśmy w lewo. Na wiadomym parkingu (na którym też kiedyś było zakopane) zostawiliśmy rydwan. Zeszliśmy w dół, przez potok do chatki w której dach przeciekał. Tam, Wojtek jak wytrawny kopacz wykopał w sobie wiadomym miejscu szampana, czy raczej wino musujące. Co by się nie zmarnowało, wypiliśmy je na miejscu. W tym momencie usłyszeliśmy, że na parkingu ktoś zaparkował. Po chwili pojawił się Barnaba z jakimiś gośćmi. Pokazałem im miejsce po cerkwi, które jest trudne do odnalezienia w krzaczorach. Barnaba zostaje ze swoja ekipą, a my wracamy do rydwanu. Przy hałaśliwej maszynie skręciliśmy w lewo. Zjechaliśmy, aż do Dużej Szosy i skręciliśmy w prawo. Minęliśmy Czerwonoustego (teraz buźkę miał umytą) i za kapliczką pojechaliśmy w lewo, do samego końca. Wróciliśmy do Wielkiej Szosy i pomknęliśmy na północ. Jeszcze przed Czerwonoustym skręciliśmy w prawo i rydwan powoli piął się pod górę. Myśleliśmy, że dojedziemy tą drogą do Wielkiej Szosy, ale się nie dało. Wysoko w górach kończono budowę ostatniego odcinka tej drogi. Zawróciliśmy więc do asfaltu, którym pomknęliśmy na północ. Powoli zaczęliśmy z Renatką rozmyślać o ptaszkach…
W Karolowie znowu rydwan wykręcił na stokówkę. Dojechaliśmy do budowy z drugiej strony. Powstaje tam most nad potokiem. Znowu zawróciliśmy. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy pracownikach leśnych, którzy grube metrówki rozbijali młotami i klinami na mniejsze szczapy. Kolega Wojtka spróbował i udało mu się. Wyglądał na zmęczonego. Rozmowa potoczyła się w kierunku wieku emerytalnego – 67 lat. Nikt z nas oraz pracownicy leśni nie wyobrażaliśmy sobie machania ciężkim młotem w tym wieku. Po dosyć długiej rozmowie zostawiliśmy ich przy metrówkach, a my wróciliśmy do szosy. Zapytałem obecnych w rydwanie, czy byli kiedyś przy wodospadzie Diabelski Wiatrak? Okazało się , że oprócz Renatki nikt, ale mieli ochotę go zobaczyć. Zdawałem sobie sprawę z tego, że gdzieś nad Osławą ptaszki śpiewać chyba zaczynają ale pojechaliśmy w stronę wodospadu. Minęliśmy Krzywy domek, mały wodospadzik, wspięliśmy się na Sierpniowiec i popędziliśmy w dół. Wojtek nie zwolnił rydwanu nawet na brodach. Taki z niego driver, a może takie brody? Zostawiliśmy rydwan przy strzałce „szlak zakapiorski” i przez wodę i błoto udaliśmy się pod górę. Błotko było przednie, aż mlaskało. Wodospad nie zachwycił nikogo. Ledwo ciurkał. Znowu przez błoto wróciliśmy do rydwanu. Teraz już jedziemy do ptaszków…


Odpowiedz z cytatem