Pobódka, była dosyć bolesna, po nie przespanej nocy, ale kiedy w namiocie zrobiło się nie do wytrzymania gorąco - wstaliśmy. Opłukaliśmy rozespane twarze w lodowatej rzece, wydobyliśmy resztki suchego chleba z plecaków i jak zwykle całą sytuację uratował Odys, który w przeciwieństwie do reszty był dosyć dobrze zaopatrzony. Posiadał cały słój smalcu i nawet tabliczkę czekolady. Smalec ten uratował nas od głodu, bo na kilka dni go starczyło. Po późnym śniadaniu stwierdziliśmy, że czas wyruszyć w góry. Na pierwszy ogień poszła Caryńska. To tak, żeby zapoznać się z tutejszymi warunkami - może specyfiką. Wzięliśmy mapę i wodę ze sobą i ruszyliśmy na szlak. Pogoda była wyśmienita, więc nie braliśmy ze sobą ekwipunku, który mógłby nam ciążyć. Po wejściu na ścieżkę można było od razu zauważyć różnicę pod względem roślinności okrywowej, gleby i drzew w stosunku do gór które przemierzaliśmy na co dzień. Krótko pisząc - dużo więcej gliny, olszy, buka i jodły. Trudno się rozpisywać o szlaku na Połoninę Caryńską, bo wielu tam było i jest to jeden z podstawowych szlaków które "trzeba" zaliczyć, a niejedna relacja była opisana. Wchdziliśmy- czerwonym, a schodziliśmy – zielonym. Do połowy wejścia alkohol z niewyspaniem odparował, a kiedy wyszliśmy na połoninę ukazał się naszym oczom widok, którego wcześniej w górach nie widzieliśmy. Mowa tu o samej połoninie z którą nigdy nie mieliśmy do czynienia. Coś w stylu stepu na górze – takie było pierwsze skojarzenie. Po wejściu na kulminację połoniny rozłożyliśmy mapę, a że widoczność była wyśmienita odszukiwaliśmy góry i miejscowości, które widzieliśmy. Widok był imponujący i potęgowała go znikoma ilość turystów w tych latach, a pora dnia była przecież taka, że było ich na ówczesne czasy najwięcej. Obecnie to pewnnie jest tam w sezonie tłok jak na szlaku do Giewontu … Na Caryńskiej byłem potem jeszcze kilka razy, ale od dwudziestu lat, kiedy zobaczyłem co się dzieje w Ustrzykach Górnych jakoś mnie tam specjalnie nie ciągnie, choć piękno tego miejsca pewnie pozostało nienaruszone, ale eksploracja tej połoniny jest tak silna, że może zniweczyć chęć wejścia na Caryńską. Trzy lata temu (dałem się namówić) ze swoim szwagrem wybraliśmy się na Połoninę Wetlińską w porze okołopołudniowej i przewijały się tam całe rzesze turystów. Wtedy to postanowiłem, że raczej nie będę chodził po miejscach powszechnie zwiedzanych w Bieszczadach, tym bardziej, że w wielu tych miejscach się już było. Sentyment jednak czasami jest silniejszy... i nic nie stoi na przeszkodzie temu, żeby się wybrać nad ranem, gdy się chce pobyć samemu. Każdy kto trochę poprzemierzał Bieszczady ma w nich gdzieś swoje spokojne i odludne miejsca... Bardzo dobrze, że są ludzie, którzy chcą poznawać te góry i ich specyfikę, a tłok niestety coraz bardziej się wpisuje w nasz codzienny krajobraz. Pisząc - góry, mam na myśli również ludzi w nich mieszkających, cerkwie, ruiny wsi i cmentarzy. Po przejściu połoniny zeszliśmy przez jagodziska na Przełęcz Wyżniańską i słynnym asfaltem udaliśmy się w stronę Ustrzyk prosto do knajpy Staszka. Nie wiedziałem wtedy, że asfalt ten przyjdzie mi poźniej przemierzać wiele razy i to różnymi środkami transportu od nóg przez wóz konny, rożnego rodzaju ciągniki i samochody. Żar lał się z nieba, a przemarsz smolistą drogą zrobił swoje i po odstaniu kolejki w barze można było wlać w siebie chłodny, złocisty napój. Ruch w lokalu był większy niż dnia poprzedniego, więc dla rozluźnienia sytuacji i po krótkiej naradzie udaliśmy się do sklepu po chleb...