Fakt, kanka lepsza i pokrywę ma co by browar nie zwietrzał. Wiesz... nowicjuszem byłem ....mało piłem![]()
Fakt, kanka lepsza i pokrywę ma co by browar nie zwietrzał. Wiesz... nowicjuszem byłem ....mało piłem![]()
Kanka na mleko... taaak, ale nie na piwo. Odkąd pamiętam, a coraz lepiej pamiętam "to" z przed kilku lat, kanka na mleko była na to, co nakapało![]()
Państwo dość silne, by Ci wszystko dać jest dość silne, by Ci wszystko odebrać
Ok, zgadzam się w zupełności, ale mówimy o transporcie, nie o produkcji.
długi, przeomla - jaki konspiracyjny język
ale oprócz kany na mleko były jeszcze kanki takie jak ta niebieska i aluminiowa (miały też pokrywkę)
kanka.jpg
Ostatnio edytowane przez tolek banan ; 07-10-2013 o 19:36
Znam je pod nazwą kawiarka - nie pytajcie skąd taka nazwa - w dzieciństwie z kawiarką szło się po mleko do gospodarzy hodujących krowy.
Browar, ale pamiętasz że kanka potrafiła zmęczyć?
Ale my dzielne byli i dali radę![]()
Nocą zaczęło padać. Siedząc pod wiatą przy ogniu i śpiewach nawet tego nie spostrzegliśmy, a przynajmniej nie zrobiło to na nikim żadnego wrażenia. Kiedy po nocnych bojach zaczęliśmy się układać do porannego snu, okazało się, że w super namiocie jest troszkę wilgotno. Szybko zapadliśmy w objęcia Morfeusza. Obudziła nas burza... grzmiało mocno, a wrażenie potęgowały góry od których to grzmienie odbijało się echem. Lało niemiłosiernie i po namiocie spływały strugi deszczu, które z każdą chwilą powodowały większe "uwilgotnienie" wewnątrz. Przemakanie było i górne i dolne, więc nie pozostało nic innego tylko zrobić dzień gospodarczy. Pranie było już załatwione, więc zabierając wszelkie sprzęty tekstylne udaliśmy się pod wiatę, podłożyliśmy do jeszcze tlącego się ogniska i na ławkach i sznurkach urządziliśmy sobie suszarnię. Następnie odwodniliśmy namiot, obkopując go sprzętem przeróżnej maści łącznie z naszymi odnóżami (saperka- to rzecz zbędna). Obarczony tym doświadczeniem zawsze później do rozbicia namiotu wyszukiwałem najwyższego dostępnego miejsca, Drewna było mało i musieliśmy go natargać z za szosy sporą ilość, aby jeszcze sukcesywnie je podsuszać przy ognisku. Tak więc kąpiel poranną mieliśmy też załatwioną. Pozostało umyć zęby w Wołosatce, przynieść z niej wody na herbatę przy okazji i udać się na żer smalcu, który znacznie już zmniejszył swoją objętość. Padało wtedy kilka dni, a przez dwa nie chodziliśmy w góry. Był to jednak czas w którym nawiązaliśmy nowe znajomości (na polu i po za nim). Jedną z tych znajomości to poznanie człowieka nazwanego przez nas Poborcą Podatkowym. Nie wiem jak to nam się pokojarzyło, bo przecież wtedy podatki funkcjonowały "tylko" w złym imperialistycznym i wrogim naszemu systemowi świecie, a jedyny kontakt z nim ograniczał się w zasadzie do czwartkowej Kobry w TV w której czasami były spektakle amerykańskich autorów, czy późniejszego Kolombo.... Kolombo też by do niego pasowało. To była dziwna znajomość, bo na początku realna, a później miała wymiar metafizyczny. Pan pojawił się nagle pod wiatą i oznajmił, że pobiera opłaty za pole namiotowe. Gdy zapytał kiedy przyjechaliśmy i na jak długo, odparliśmy, że dzisiaj i jutro wyjeżdżamy. Pobrał opłatę i oddalił się nękać innych biwakujących. To było realne spotkanie, a pozostałe inne podczas tego wyjazdu i pozostałych to czysta metafizyka. Już nigdy więcej ze względu na nasze agonalne finanse nie płaciliśmy. Albo byliśmy w górach, albo jak nadjeżdżał i zostawiał swojego gazika na szosie, chowaliśmy się do namiotu. Po zamknięciu od wewnątrz wstrzymywaliśmy oddechy i po chwili słyszeliśmy - "halo, halo". Poborca był kulturalny i nie dokonywał rewizji, tylko po jakimś czasie się oddalał. Namiotowa wieść niosła, że był on pracownikiem nadleśnictwa, ale nikt tak naprawdę pewny tego nie był. Po kilku godzinach pogawędek i błogiego lenistwa pod wiatą usłyszeliśmy tyrkotanie ciągnika wjeżdżającego na pole. Ciągnął on przyczepę załadowaną pociętym drewnem na którym siedziało dwóch wesołych jegomościów. Podjechali blisko naszej wiaty i żartując zaczęli zwalać drewno. Ridol w mig podłapał ich żarty i prawie pół przyczepy było przy naszej wiacie. Panowie sami stwierdzili, że u nas jest najliczniej to i należy się najwięcej. Resztę rozwieźli po innych wiatach. Prawdziwy socjalizm - każdemu według potrzeb. Zrobiliśmy tylko wyprawę po napitek i przy dźwiękach gitar nie wiadomo kiedy dzień zamienił sie w noc. Było już dobrze po północy, kiedy tuż za naszymi plecami od strony Wołosatki rozległ się przeraźliwy ryk. W pierwszym momencie przez myśl mi przebiegło, że może niedźwiedź... ale dużo ludzi, ogień... raczej nie możliwe. Tylko zdołało mi to przemknąć z jednej półkuli mózgowej do drugiej, a za wiatą ukazał się jakiś gość zanosząc się ze śmiechu ze swojego dowcipu tak głośno, że nie pozostawiało to złudzeń, że on tu jest u siebie. Śmiejąc się tylko powiedział - co się tak boicie ... czemu takie małe ognisko.. ja wam zaraz pokażę jak wygląda bieszczadzkie ognisko. Ruszył do drewna które było porąbane i zaczął je rzucać na ogień. Patrzyliśmy w osłupieniu co się dzieje i po chwili zaczęliśmy go odwodzić od zamiaru zużycia całości opału. Całe szczęście, że przysiadł na ławce, ale to nie dzięki sile naszej persfazji, a chyba dlatego, że się zmęczył. Ogień buchał pod dach wiaty. Trzeba było wyjść z niej, bo było gorąco nie do wytrzymania. Nocny gość też się odsunął wyjmując wino z za pazuchy i rzucając w eter - napijecie się? Napijemy. Mówił coś, że idzie od Kiczery. Co on tam robił u diabła w nocy podczas deszczu, przez rzekę... Później mówi, że był dziś na jagodach i zna takie jagodziska, że nikt z nas takich nie widział. Z każdą minutą opowieści te jagody wydawały mi się większe i wciąż rosły, a on kiedy ogień się zmniejszył oznajmił, żebyśmy grali to nas tam jutro zaprowadzi. No to gramy. Później zaczął śpiewać. Nigdy tych piosnek nie słyszałem, a że nie były muzycznie skomplikowane zaczęliśmy mu przygrywać. Instruował tylko, a to wolniej, a to szybciej... Po chwili znowu wino i opowieść o więzieniu, że tu to tacy jak on uciekają, że niby gdzie ma się podziać. Potem pyta skąd jesteśmy. No to my mu tłumaczymy, a on na to, że niedaleko ma siostrę której nie widział dwadzieścia siedem lat i już szuka adresu po kieszeniach w międzyczasie oznajmiając, że chce mu się spać i który jest nasz namiot, bo trzeba się położyć... Z tą siostrą to był blef, bo nocny gość miał góra czterdzieści lat, siostry nie widział dwadzieścia siedem, czyli wyszedł z mamra mając trzynaście lat...Później się okazało, że nie miał czterdziestki, a swoje prawdziwe i mało prawdziwe historie opowiada chyba do dziś, bo ostatni raz widziałem go jakoś trzy lata temu w okolicach Ustrzyk Górnych, brylującego w grupie turystów. Bieszczad to jednak taki zakątek, który nikogo nie odtrąci, a przygarnie każdego...każdego, który chce tam być...
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)