Wstałem skoro świt i po porannym obrządku zdałem klucze, oddalając się świńskim truchtem do wehikułu ... oskrobałem troszkę przednią szybę ze szronu i ruszyłem pod słynny hotel w przebudowie ... zaparkowałem dyliżans i udałem się do parkowego punktu kasowego w którym nikogo o tej porze nie było, a mijając go mym oczom ukazał się taki widoczek...
25.jpg
... za długo nie podziwiałem, bo czas niestety nie ubłagalnie poganiał wskazówkami zegara i pogalopowałem do góry.... galop w miarę przebytej drogi przechodził najpierw w kłus, a następnie w wolnego stępa, bo w końcu źrebakiem już nie jestem.... ciśnienie tętnicze krwi podnosiło się wyżej i wyżej, aż z lekka widziałem przymglony obraz....
26.jpg
... przez całą drogę na Bukowe Berdo nie było żadnej żywej duszy... ani martwej, a po minięciu granicy lasu zobaczyłem w całej okazałości mój dzisiejszy punkt wyjścia...
27.jpg
... jeszcze kawałek do góry i mogłem spokojnie w ciszy i przy słonecznej, średnio wietrznej pogodzie usiąść i odpocząć napawając się widokami....
28.jpg
...jeszcze kawałeczek tutaj....
29.jpg
... i po pewnym czasie, aż podskoczyłem, bo obok mnie stał drugi człowiek... zdjęcie musiałem wykonać raz jeszcze, bo ze strachu je poruszyłem....
30.jpg
... człowiekiem tym okazał się pewien Witek z Rzeszowa, który mi serdecznie współczuł, że mam tak daleko w Bieszczady, a sam oznajmił, że wybrał sobie żonę z Rzeszowa, aby bliżej mieć w te góry... pogawędziliśmy sobie nie krótką chwilę... dał mi swój namiar i co jakiś czas od wtedy zaglądam na jego stronkę ze zdjęciami i opisami różnych miejsc w Bieszczadach i nie tylko... pożegnaliśmy się i Witek ruszył do przodu, a ja niestety do tyłu.... jeszcze tylko rzut oka za plecy....
31.jpg
i tą samą trasą powrót.... już nie tak samotny, bo co rusz kogoś mijałem.... później w samochód i pędem do domu, by w nocy dojechać, bo w poniedziałek do pracy....
Taka to była krótka wycieczka.... utartymi drogami.