Co za piękne opowiadanie! Masz fantastyczny styl pisania, taki sielski, leniwy... W poprzednich opisach w tym wątku były sielankowe zdjęcia a teraz są sielankowe myśli. Sielankowe a jednak pełne nostalgii. Mam cały czas wrażenie, jakbym czytała swoje myśli, jota w jotę. Czytając to, przypominam sobie siebie dokładnie w sytuacjach, o których pisałeś. Ale te moje myśli właśnie kilka lat temu, nie bieżące. Dziś spojrzenie mam inne, właściwie już pozbawione nostalgii zupełnie, co z jednej strony odbiera im tego pięknego uroku, jaki miały kiedyś.
Pamiętam czasy, gdy przyjeżdżałam w Bieszczady tylko raz w roku. Wtedy odjeżdżając serducho się krajało z żalu, że trzeba czekać aż cały rok. A gdy się powracało znów a zwłaszcza autostopem z Leska w Bieszczady to kierowca nie mógł się nadziwić i nacieszyć z tych szalonych wariatek, które wiózł ze sobą a gdy jeszcze puścił w aucie SDM to dziewczyny były w pełni szczęścia. Spało się w stodole na sianku i czasem jadło sam chleb z ogórkiem i keczupem, bo dzięki temu stać nas było na jedną noc dłużej, gdy fundusze, jakie zarobiłam z Aśką zbierając jagody w Jagodowej Stolicy Polski (czyt. Stalowej Woli), powoli się kończyły. Zbierałyśmy jagody, by zarobić na Bieszczady.
Potem podobnie największą radość z Bieszczadów niegdyś czerpałam, gdy przyjeżdżałam pierwszy raz na wiosnę. Po długim, zimowym wyczekiwaniu w końcu nadchodziła wiosna...
Największy szok wynikający ze zderzenia tych dwóch odmiennych światów odczułam pewnego razu mieszkając w Krakowie. To było kilka lat temu. To było po tym, gdy całe wakacje spędziłam pracując w znajdującym się na uboczu wetliny hotelu górskim. Wszyscy pracownicy byli jak jedna wielka rodzina i to właśnie tam poznałam najbardziej mi bliskich ludzi w Bieszczadach, dziś rozsypanych po całych górach. To właśnie tam narodziła się piękna ekipa ludzi rawczańskich, jaworeckich. Uwielbiałam mieć na 6 do roboty, ponieważ gdy ja byłam już na nogach, wszyscy spali a bieszczadzki świat dopiero budził się do życia. Zaczarowane były te leniwe poranki pijąc kawę pod jarzębiną i patrząc na zamglone, zroszone Bieszczady. Dlatego właśnie, gdy pojechałam do miasta ogarnął mnie wszechobecny wstręt do wszystkiego i kilka miesięcy musiało minąć, bym wtopiła się w rytm miasta. Pamiętam, że czułam wtedy straszny smród.
Odczucia co do innych gór również mam takie same. Mieszkając w Krakowie rzut beretem było w Beskidy Zachodnie, dlatego wtedy dopiero zaczęłam je poznawać. Ja, bieszczadzka dusza, nie mogłam się w nich odnaleźć, wydawały mi się takie banalne, pospolite i bez wyrazu. Najbardziej raziło mnie, że z każdej strony było blisko do większej wioski. Nie było tego odosobnienia bieszczadzkiego, po którym mógłbyś chodzić nawet kilka dni nie spotykając większej ilości domów. Dla mnie chodzenie po Beskidach Zachodnich było chodzeniem dla samego chodzenia. Coś trzeba było robić, gdy się nie pojechało w Bieszczady. Ale pamiętam mój pierwszy raz, gdy wybrałam się w Beskidy inne niż Bieszczady. To były Gorce. Nocując na Turbaczu, rankiem inwersja i widoczność były tak powalające, że ze szczytu widoczne były hen, hen daleko w dali, Bieszczady, Smerek. Pierwszy raz udałam się gdzieś indziej a one szybko przypomniały mi o sobie.


Odpowiedz z cytatem