Gdy wróciłem z krypty Borys już był.
Pogadałem z Borysem - zna trochę Polski, i z miejscowymi - przy trzecim Szarisie bariera językowa całkowicie znika.
Myliłem czasem Borysa z Brutusem, ale żaden się nie obraził.
A jak mi się wymskło 'szukam' zamiast 'hledam' to nawet nikt się ze mnie nie śmiał.
Wyopowiadali mi historię wszystkich zdjęć i innych przedmiotów w knajpie.
Wyczuwa się w Osadnem taką naturalną życzliwość, tam 'Dobrý deň' na ulicy, ma całkiem inny wymiar niż 'cześć' na jakimś szlaku.
Planuję trochę pomieszkać u Borysa i skupić się na nicnierobieniu, by w jak największym stopniu zsynchronizować się z biegnącym tam wolniej czasem.
Niestety szybko nadszedł czas powrotu - wiedziałem, że słowacki czas wejścia na Balnicę mogę między bajki włożyć, ze powrót zajmie mi więcej czasu.
Zabrałem ze sobą pozdrowienia dla Wojtka, a od Brutusa zapewne dla Luny.

Śpieszyłem się, by zdążyć przed zmrokiem, ale po drodze spotkałem dzieci z ośrodka w Osadnem z opiekunkami.
Opiekunki pozdrawiały Wojtku Judu (generalnie tam wszyscy chyba Wojtka pozdrawiają), a Koczo (chłopak z ośrodka) był zafascynowany moim aparatem w telefonie.

Bardzo go podekscytowało, gdy zobaczył swoje zdjęcie na wyświetlaczu (a w tle Lenka zaciekawiona)



Lenka pokazała mi swój największy skarb - pieczątkę ze swoim imieniem i nazwiskiem



a Koczo robił zdjęcia moim telefonikiem.
Tu mnie uwiecznił - niebanalna i ciekawa kompozycja



Lenka trzymała mnie za rękę a Koczo pokazywał swój wielki kapelusz.
od dzieci długo nie mogłem się oderwać, przesympatyczne panie z ośrodka żartowały, że już muszę zostać.
Chętnie zostałbym z nimi dłużej (to spotkanie mocno zapadło mi w pamięć) ale trza było iść.
Mam nadzieję, że spotkam jeszcze kiedyś Kocza i Lenkę i pośmieję się z opiekunkami.

Robiło się późno, więc postanowiłem zmierzyć się ze słowackim czasem podejścia





tym razem ostatni dom w Osadnem





Gdy już byłem blisko Balnicy, to kilka razy zatrzymałem się, by posłuchać lasu i w sumie nie wiem w jakim czasie wlazłbym na Balnicę, ale na pewno nie w pół godziny.
- No to choć do mnie na herbatę czy coś - powiedział Wojtek jak wróciłem.
No to wyciągnąłem "czy coś" z plecaka i poszedłem. Gdy "czy coś" nam się skończyło, to Wojtek opróżnił swój letni sklepik ze słowackich piw
W międzyczasie, przyjechał Grzesiek Leśniewski, fotograf przyrody, którego świetne wilki wiszą u Wojtka
http://www.foto-ptaki.pl/index.php?o...152&Itemid=338
Długo rozmawialiśmy o "starych niedźwiedziach".
Położyłem się spać o 1-szej, chyba.
Jak będziecie w Balnicy, to zobaczcie koniecznie, wiszące na ścianie między zdjęciami niedźwiedzi i wilków, zdjęcie całującego się Wojtka z potężnym basiorem - wilk na tylnych łapach, Wojtek też, wilk chyba wyższy. Grzesiek powiadał, że jesteśmy w najdzikszym miejscu w Polsce, jakby ktoś miał wątpliwości, to niech popatrzy na to zdjęcie.