Złapana przy glownej drodze srebrna terenowka zawozi nas do Liczk. Idziemy boczna droga do Nerkin Getaszen gdzie powinny byc ruiny klasztoru Kotavank. Mijamy opuszczone fabryki, stacje benzynowa. Pusto wszedzie i tylko wiatr smieciami przewala a czasem przemknie jakas wyladowana ciezarowka.

W wiosce siadamy pod barakosklepem. Wszyscy tu mowia tylko i wylacznie po ormiansku. Jakis kontakt jednak udaje sie nawiazac- wskazuja nam kierunek do klasztoru a babka ze sklepu przynosi ser i cukierki.
Pod sklepem przyczepia sie do nas potwornie namolny gowniarz, lat okolo dziesieciu. Nie odstepuje nas na krok. Jakos nie za dobrze patrzy mu z oczu. Jest tez okropnie halasliwy, ciagle cos krzyczy, nawoluje innych kolegow, popycha ich, wyrywa im rowery. Chyba bardzo go rozzuchwala fakt ze go nie rozumiemy bo ciagle cos do nas gada, pokrzykuje i glupkowato rechocze. Wlecze sie za nami do klasztoru.
Samo miejsce jest dosyc sympatyczne- potezne mury bez dachu, ciemne chlodne wnetrze z wpadajacymi przez dach promieniami juz prawie zachodzacego slonca.









Ale ciezko wczuwac sie w klimat ruin jak menda caly czas za toba łazi. Przy ruinach kreci sie tez jakis dziwny facet, ktorego zachowanie i spojrzenie swiadczy ze albo jest naćpany albo uposledzony. Nic nie mowi, nie odpowiada na pozdrowienie tylko tępo patrzy przed siebie zamglonym wzrokiem. Cos jednak widzi bo tez za nami łazi.
Poczatkowo planowalismy tu spac gdzies przy klasztorku ale okolicznosci nie sa zbyt sprzyjajace. Raz towarzystwo a poza tym wszedzie jak okiem siegnac jest albo cmentarz, albo pastwisko, albo gnojowka, albo zaczyna sie kolejna wioska.
Postanawiamy pojsc na nocleg gdzies z strone jeziora. Dzieciak odprowadza nas prawie na koniec wsi. Pod sklepem jakis gosc go przechwytuje i widac mlody zbiera spory opierdziel. Zaraz tez pokornieje i sie uspakaja. Ciekawe czy dostal po uszach za to ze naprzykrzal sie obcym czy ze wrocil bez portfela

Na obrzezach wioski jakas babka zaprasza nas na kawe. Niestety musimy odmowic bo slonce jest na tyle nisko ze trzeba szybko myslec o postawieniu namiotow.

Przy glownej szosie zachodzimy do przydroznej knajpy.



Obok jakis gosc pasie krowy. Pytamy czy mozna postawic namioty w pobliskim lasku. Gosc sie zgadza a poki co zaprasza nas na herbate. Knajpa obecnie jest zamknieta. Otwieraja ją zima, gdy wiekszosc Ormian wraca do kraju z prac sezonowych. Obecnie pol Armenii jest w Rosji na budowach i w polu, wiec nie ma sie komu stolowac. Rodzina naszego gospodarza Alberta tez wyjechala do Rosji- wszystkie dzieci, wnuki.. Przyjezdzaja do domu dwa razy w roku.

Sami grzejemy sobie herbate w przestronnej kuchni gdzie widac niejeden baran zostal przerobiony na szaszlyki.





Rozsiadamy sie w jednej z knajpianych sal. Na stoly wyjezdza ser, kielbasa, warzywa, wodka. Ciesze sie ze zrobilismy spore zapasy na bazarze w Erewaniu bo tez tutowke mozemy na stol postawic .





Albert opowiada nam o pobliskiej, obecnie juz nieczynnej fabryce kondensatorow, w ktorej pracowal jego ojciec i brat. Wspomina czasy jak zakladal tą swoja knajpe w latach 70tych i jak wtedy pręznie dzialala. Stolowali sie tu wszyscy przyjezdzajacy do fabryki na delegacje, a i przypadkowi podrozni chetnie zagladali w jej goscinne progi.

Potem temat schodzi jakos bardziej na polityke i wojne w Karabachu, w ktorej Albert bral czynny udzial. Pokazuje nam na nodze slady po kuli i odłamkach. Narzeka na wszystkich sasiadow Armenii. Turcy i Azerowie to wiadomo odpadaja w przedbiegach, ale Gruzinow tez tu nie lubia, twierdzac ze tamci "dwa razy Ormian sprzedali". Ponadto zarzuca sie im lenistwo i nadmierna krzykliwosc. Najlepsze stosunki Armenia utrzymuje z Iranem- "choc to muzułmanie i tez trzeba na nich uwazac". Albert jedynie Rosjan lubi. "Rosja ustanowila nam granice i nam ich pilnuje. I prace nam daje.". Nasz gospodarz jeszcze milej wspomina czasy Sajuza, gdy zylo sie stabilnie, bez wojen i kazdy mial prace w swoim wojewodztwie. Pytam Alberta jak to jest ze tak gloryfikuje Zwiazek Radziecki, a to przeciez Stalin zabral Armenii Karabach i wlaczyl go do Azerbejdzanskiej Republiki. Albert bez zastanowienia i zajakniecia odpowiada: "No wlasnie! To potwierdza wszystko co wczesniej powiedzialem. Stalin to byl Gruzin, a Gruzini sa zli i zdradzieccy! Nie powinno sie ich dopuszczac do wladzy!".

Rozmawiamy tez duzo o rybach. Albert codziennie wieczorem sam zaklada sieci na jeziorze a wczesnie rano jedzie zobaczyc co sie w nie złapalo. Wpadam na rewelacyjny pomysl- moze pozwoli nam pojechac jutro rano ze soba na ryby? Albert zgadza sie zabrac ale tylko jedna osobe bo ponoc ma mala łodke.. Buuuuuuuuu...Bez toperza nigdzie nie plyne!

Nie rozkladamy dzisiaj namiotow. Spimy w knajpie. Zsuwamy stoly pod sciany i rozkladamy sie na podlodze. Albert dokladnie nas uczy jak zamykac skomplikowany mechanizm zamka w drzwiach wejsciowych. Zegnamy sie. Albert wraca do domu a my zostajemy w ciemnym i pustym budynku czasowo opuszczonej knajpy.



Gospodarz budzi nas o 9, juz po powrocie z polowu. Dzis wogole nie brala ryba, sieci sa prawie puste. Powodem byl wiatr i duza fala. W takich warunkach ryba gleboko kryje sie w glony i nie wylazi nawet przy glosnym tłuczeniu sie w burty. Ulowili tylko kilka karasi.



Zegnamy to przyjazne miejsce na obrzezach Liczk i łapiemy stopa do Martuni.



Podwozi nas tam biała Niwa. To piekne, wspaniale i dzielne auto zyskuje dzis w moich oczach kolejna zalete- jest pojemne! Zmiescilo sie 5 osob i 4 ogromne plecaki (w srodku, nie na dachu ani w przyczepce

A na horyzoncie majaczy juz sylwetka wulkanu ku ktoremu zmierzamy!!!



CDN