Robi sie troche pozno i wiec postanawiamy postawic namioty przed wioska, nad malutnim zbiornikiem na potoku. Dolina pelna jest niesamowitych skał, zupelnie jak jakies wieże, baszty i labirynty.





Pytamy pasterza czy nie bedziemy mu przeszkadzac na pastwisku. Oczywiscie gosc nie ma nic przeciwko namiotom.

Młody zostaje z plecakami a my idziemy do sklepu, gdzie kupujemy dwie wielkie puszki tzw "wesola krowka", pyszny przecier pomidorowy i dwa wina ktore nie nadaja sie do wypicia, bo aromat starej beczki dominuje wszystko inne.
Pod sklepem gadamy jeszcze z babuszka, ktorej uroda wskazuje ze pochodzi raczej z jakis polnocnych krain. Babcia opowiada ze za mlodu tez jezdzila na imprezy do Spitakavor i klasztorek byl wtedy jeszcze w ruinie
W wiosce widac dokladnie co jest podstawowym srodkiem opalowym.







Zwiedzamy tez minimuzeum zalozone w wioskowym niewielkim kosciolku.






Sa tu rozne stare ksiegi za szybkami i sporo zdjec miejscowej architerktury. Oprowadza nas mila babka i mam wrazenie ze bardzo sie cieszy ze ich wioske odwiedzaja turysci. Opowiada nam z duma o jakims Francuzie ktory w tym roku juz trzeci raz wrocic do Armenii i wciaz ma wiele planow na kolejne powroty do tego kraju

Wracamy nad rzeke. Młody siedzi na brzegu w wianuszku lokalnej dzieciarni. Dzieciaki kąpia sie w jeziorku. Chwile pozniej dociera gruzawikiem grupa wyrostkow ktorzy byli rano pod klasztorkiem. Jakos teraz podobaja nam sie jeszcze mniej. Toperz porownuje ich zachowanie do stada pawianow w ZOO. Te same sposoby demonstrowania dominacji w stadzie, walki o swoje miejsce, pokazywania sily czy przynaleznosci. No moze pawiany sie tak glupkowato nie smieja. W koncu sobie ida w cholere wiec toperz sie kapie.



Nad doline splywa mrok i swiatlo ksiezyca a cykady zaczynaja drzec ryja.
Juz prawie zawijamy sie w spiwory, a ja chowam notesik z relacja i przechodzi mi przez mysl ze dzis jakos tak malo bylo do opisania...
Nagle przed namiotami slyszymy krzyki dwoch kolesi. Udajemy ze nie slyszymy ale nie daja za wygrana. Wylazimy z namiotow. Jest ich dwoch, kilkunastoletnie pajace. Jednego z nich kojarze z kapieli w jeziorku. Twierdza ze sa wlascicielami terenu tzn ojciec jednego z nich. I ze tu nie wolno spac bo to ich teren i mamy im dac pieniadze. Mowimy ze absolutnie im nic nie damy a teren jest pasterza z ktorym rozmawialismy. Jakos to do nich nie dociera, wogole bardzo slabo sie nawzajem rozumiemy. Probujemy ich przeczekac, ignorowac, wysmiac, moze sie znudza i sobie pojda? Nie odpuszczaja jednak, twardo siedza na miejscu. Udaja ze dzwonia do kumpli albo do ojca ktory rzekomo zaraz przyjdzie i nas pobije. Zabawne jest ze gowniarz zna po rosyjsku pięć slow na krzyz ale do telefonu krzyczy "atiec, prijti" i łyp na nas czy my to slyszymy. Łaza tez wokol, rzucaja na wszystkie strony kamieniami albo probuja podpalac trawe. W koncu wpadamy na dobry pomysl- robie im zdjecia. Pierwsze zdjecie ignoruja, chyba sie nie połapali ze błysnelo im prosto w ryje.



Przy kolejnych zdjeciach probuja sie zasłaniac, odwracac wiec zbytnio mi nie wychodza jako ze lampa ma spore opoznienie. Ale oni tego nie wiedza. Wystraszyli sie troche i uciekaja. Z daleka odgrazaja sie ze wroci ich wiecej i ich popamietamy.
Znow zapada cisza. Cykady z ulga ze ludzie zamkneli w koncu gęby znow czuja sie w pełni panami doliny. Jest kolo 23..
Zastanawiamy sie co robic. Wroci jeden gowniarz z drugim sie mscic. Jeszcze rzuci w nas kamieniem albo podpali namiot. Raczej spokojnie tu juz nie pospimy. Nawet jak gownarzeria nie wroci to my bedziemy nasluchiwac szmerow zamiast spac.. Moze jestesmy jacys przewrazliwieni ale kto wie co takim wyrostkom do durnego łba strzeli? Warty wystawic? Juz lepiej ale tez sie nie wyspimy... Poza tym zbiera sie w nas straszna zlosc ze te pieprzone debile pokrzyzowaly nam nocleg w takim fajnym miejscu! A z drugiej strony spuscic takim wpierdziel to potem cala wies bedzie przeciwko nam bo "turysci pobili dzieci"

Decydujemy sie pozbierac namioty i isc do wsi. Moze gdzies jeszcze nie spia. Opowiemy nasza przygode. Moze bedzie mozna postawic namiot w ogrodzie albo przespac sie w stodole. Wies jest juz prawie calkiem wygaszona i ciemna. Probujemy uderzyc do babki z muzeum- ona nas juz zna i dogadac sie z nia mozna. Nawet swieci sie u niej w oknie jakies nikle swiatelko. Pukamy do bram a metaliczne dudnienie rozchodzi sie po okolicy. Tu kazdy dom jest jak twierdza. Mury, trzymetrowe zelazne bramy, potem wielki ogrod i majaczacy przez drzewa dom. Nikt nie wychodzi, a swiatlo w oknie gasnie. Babka pewnie sie boi co za zjawy wlocza sie noca po wsi. Idziemy do kolejnego domu gdzie widac swiatlo na ganku. Jakas babka podchodzi do plotu, a raczej wychodzi na cos nad brama co wyglada troche jak baszta lub wiezyczka straznicza. Niestety kobita gada tylko po ormiansku, w ząb nie kuma co do niej mowimy. I chyba troche sie nas boi.. Nic nie zdzialamy.. Łazimy jeszcze chwile ciemnymi ulicami wioski. Wracamy sie kawalek. Na tarasie jednego z domow siedza trzy babki z dziecmi i biesiaduja nad jakimis trunkami. Uff.. Mozna sie dogadac. Opowiadamy nasza nadrzeczna przygode. Oczywiscie tamci kłamali. Nad rzeka spokojnie mozna spac, nie ma problemu ze ktos pilnuje tego terenu. Pyta jak wygladali nasi młodociani nocni zbójcy. Pokazuje zdjecie. Przychodza pozostale dwie babki, zerkaja przez ramie w aparat. Małolaty bez problemu zostaja rozpoznane. Mieszkaja w tej wiosce. Pytam czy babki by mnie jakos nie skontaktowaly z opiekunka muzeum. Dzwonia do niej a potem razem tam idziemy . Pod muzeum stoi juz nasza znajoma wraz z mezem. Oni tez chca zobaczyc zdjecie. Swiatel w okolicznych domach juz calkiem sporo. Babka z wiezy strazniczej oczywiscie na podniebnym posterunku. Facet mowi ze młodym to nie ujdzie na sucho. Ormianie to goscinny narod, do ich muzeum przyjezdza sporo turystow i nie pozwola aby dwoch gowniarzy robilo taki smrod i zamieszanie. Namioty mozemy postawic w sadzie kolo muzeum. Miejscowi przynosza nam wode i zycza milych snow. Obiecuja ze tu nas nikt nie bedzie niepokoil.
Tłumek sie rozchodzi. Gasna swiatla w domach. W cieniu starej cerkwi staja dwa namioty. I znow cykady ogłaszaja swoje panowanie nad lokalnym nocnym swiatem.. Mozna spac spokojnie..
I tu dwie refleksje:
- Chyba nigdy nie odwaze sie pojechac do kraju w ktorym nie potrafie sie porozumiec. Gdyby ta historia przydarzyla sie w Rumunii, Albanii albo Ameryce Poludniowej to z gory jestesmy na przegranej pozycji...
- Zauwazylam dziwna zaleznosc, wspolna dla roznych krajow i regionow. Dorosli, powiedzmy lat 30+ sa w wiekszosci goscinni, mili, pomocni albo po prostu obojetni.. Gownarzeria czesto jest wredna, wyrachowana, agresywna, nastawiona na zysk. I bezdennie durna. Co bedzie za 10-20 lat? Gdy dzisiejsze nastolatki stana sie doroslymi ludzmi rzadzacymi tym swiatem? Wyrosna z tego? Zmienia sie? Czy strach bedzie wyjsc na ulice??

Dosyc wczesnie budzi nas muczenie krow ktore paraduja ulicami wioski we wszystkie strony.





Milo zegnamy sie z opiekunami muzeum.

Dzis docieramy do miasteczka Jegegnadzor. Spotykamy w nim przynajmniej 6 osob z przedwczorajszej imprezy w Spitakavor. Dziwne to miasto.. Same bloki, salony pieknosci i sklepy z ubraniami. Zadnej knajpy. Tzn jest jakas wielka "knajpa dziecinna" gdzie sa parasole w ogrodku i dmuchana zjezdzalnia ale nie ma ani piwa ani za bardzo nic do zjezdzenia. Kelnerka mowi wprawdzie cos o jakis skrzydelkach z kurczaka ale jej kilkukrotne dopytywanie "ilu was jest" tak jakby wskazywalo ze tych skrzydelek jest mocno ograniczona ilosc (np. dwa.. . Rozsiadamy sie wiec w zdziczalym parku i na raty robimy spozywcze zakupy.



Aha! jest tu jeszcze diabeslki młyn



a na srodku drogi lezy racica



Ostatecznie udaje sie znalezc knajpe przy glownej drodze, na peryferiach miasteczka. Ładujemy tu wszelakie baterie oraz jest okazja na minipranie w knajpianej łazience.

I ruszamy stopem w strone Goris..

CDN