Dzień trzeci

Przejeżdżam przez Jibou. Próżno tu czekać na karetkę w razie potrzeby



Widać za to "na chodzie" sporo zaprzęgów konnych





Największą atrakcją miasteczka jest ogród botaniczny z barokowo klasycystycznym zamkiem.





W jednym z pomieszczeń ogrodu botanicznego jest sporo kaktusów. Robie zdjęcia dla żony, która bardzo lubi te rośliny. Najbardziej podoba mi się największy, na oko ma ze trzy metry. Później już w Polsce dowiaduje się, że taki sam mamy na mieszkaniu, tylko, że mały. Ot, umknął mi jakoś
Jest też coś dla mnie, czyli ogromne akwaria z dużymi rybami.



Turyści rowerowi często w swoich relacjach piszą o agresywnych bezpańskich psach. Faktycznie Rumunii mają z nimi problem. Po tegorocznym wypadku, gdy bezdomny pies zagryzł na śmierć bawiące się dziecko w parku w Bukareszcie rumuński parlament przegłosował kontrowersyjne prawo nakazujące zabicie bezdomnych psów a jest ich w rumuńskich miastach kilkadziesiąt tysięcy.
Ja agresywnych psów nie spotykałem, tylko przyjazne psiaki, które po kawałku kabanosa, dałyby się wsadzić do sakwy i zawieźć do Polski.





Większość trzeciego dnia to jazda w kierunku węgierskiej granicy. W zasadzie nic ciekawego nie ma poza Satu Mare. Gdy dojeżdżam do miasta zaczyna padać. Mam informacje, że będzie padać w nocy i przez pół następnego dnia. W takich warunkach rozbijanie namiotu czy jazda są mało przyjemne. Nie zwiedzam miasta i po 127 kiolometrach tego dnia, na granicy w wiosce Petea decyduje się zrezygnować z przejazdu przez Węgry w następny dzień i próbować łapać stopa do Polski. Z rowerem nie jest to łatwe, trzeba ulokować się na parkingu tirów i znaleźć kierowce, który zechce mnie wziąć i będzie miał miejsce na pace. Polaków jak na lekarstwo, jak już są to jadą tylko na Węgry. Zapytywani Rumunii prawie wszyscy odpowiadają jedno - Austria, a jeden Czech na moje zapytanie odpowiada, że tu jest bordel Po zmroku rezygnuje i szukam miejsca do spania, znajduje takie na uboczu, bo na szczęście tu jest unia europejska i część przejścia jest już niewykorzystywana. Luksusów nie ma, ale da się przetrwać do rana.



Rano się do mnie szczęście uśmiecha i około 9 zabieram się z panem Staszkiem. Łącznie z noclegiem na przejściu Petea - Csengerisma spędzamm jakieś 15 godzin. Pan Staszek jedzie do huty w Koszycach, także wysadza mnie na węgiersko-słowackim przejściu Tornyosnemeti - Milhost, skąd już po 10 minutach znajduję transport prosto do Rzeszowa.

Podsumowanie:
Jestem bardzo zadowolony, szkoda, że tak krótko, ale cieszę się, że w końcu udało mi się być z rowerem w Rumunii. Myślę, że w przyszłym roku uda się zorganizować dłuższą wycieczkę. Trzeba tylko popracować nad formą, by podjazdy nie były takie uciążliwe.

To tyle o tej wycieczce, ale to nie koniec relacji...