Do Goris wiezie nas złapana na stopa terenówka. Kierowca bardzo sie wkurza gdy toperz robi mi zdjecie na ktore on tez sie zalapuje. Zamiast patrzec na droge odwraca sie (nie zwalniajac) , zdejmuje sloneczne okulary i dopytuje o przyczyne robienia mu zdjec z zaskoczenia. Na szczescie udaje sie jakos sprawe zalagodzic i nie wpasc do rowu.
Piotrek zakupuje dzis dwa wina z ktorych zadne nie nadaje sie do spozycia. Jedno smakuje nawet znosnie, ale ma zapach paskudnego zjełczalego masla i musuje. Drugie ma silny aromat czekolady co rowniez budzi spory niepokoj. Z trojga zlego to juz chyba najlepsze bylo to wino z Vernaszen o smaku starej beczki.
W hostelu kwateruja sie wieczorem trzy Hiszpanki. Oczywiscie ciagle sie myja, kapia i prysznicuja wiec za cholere nie mozna sie dostac do kibla o zadnej porze dnia i nocy. Straszne jest robienie kibla i łazienki razem! I tu mozna sie rozmarzyc na wspomnienie wspanialej sławojki na wulkanie z widokiem na jeziorko i Ararat!
Rano Nadia robi nam sniadanie (wliczone w cene noclegu czy sie chce czy nie). Dzis jest zapiekanka z makaronem, ziemniakami, jajkiem i warzywami. Wieczorem byla zupa warzywna na bazie grochu, ktory wygladal jak kukurydza, a potem płow z zapiekanymi sałatkami. Na samo wspomnienie zapachu tych potraw zrobilam sie głodna.
Nadia rysuje nam mapke jak znalezc rozne atrakcje kolo Tatew. O dziwo to co mowi zdaje sie byc calkiem zbiezne z fantastycznymi opowiesciami Pawła spotkanego w Erewaniu! Moze to miejsce istnieje naprawde?
Rozmowa jakos schodzi na turystow odwiedzajacych Armenie i o nastawieniu miejscowych do nich. Nadia twierdzi ze ona w swoim hostelu chetnie gosci Polakow, Hiszpanow, Rosjan, Gruzinow, Żydów, Murzynów i muzułmanow. Lubi poznawac inne narody, sluchac ciekawych opowiesci ze swiata i nie mozna nikogo dyskryminowac ze wzgledu na narodowosc, wyznanie czy kolor skory. Wszyscy ludzie sa sobie rowni i powinno sie ich tak samo dobrze traktowac. Wiem, ze moze ze po tak wznioslej wypowiedzi nie powinnam, ale to pytanie samo pcha sie na usta... "A Azerowie?". Nadia odpowiada bez chwili zastanowienia: "Azerowie to nie ludzie...".
Choc ponoc kiedys byli tu u Nadii trzej takowi. Powiedzieli ze sa Irańczykami. Ale babki wychowanej na pograniczu oszukac sie nie da.. Nadia bez problemu rozpoznala jezyk w jakim rozmawiali ze soba. I zdecydowanie irański to nie byl.. Oczywiscie chlopaki zapierali sie do konca pobytu ze sa Iranczykami, bojac sie w takim Goris powiedziec oficjalnie prawde..
Nie wiedziec czemu, Nadia mnie pyta czy my, Polacy, tez tak nie lubimy Azerow jak Ormianie? Mowie wiec prawde, ze nie wiem czy ich lubie czy nie, bo jeszcze w zyciu zadnego osobiscie nie poznalam. (no moze oprocz tego na ktorego wpadłam z naręczem mokrych skarpetek w hotelu robotniczym w Tbilisi) Dowiaduje sie ze przyczyna dziwnego pytania Nadii jest uzyte przeze mnie okreslenie "Azer", ktore jest ponoc bardzo obrazliwe. Myslalam dotychczas ze jest to po prostu okreslenie narodowosci- tak jak Gruzin czy Polak! A to ponoc tak nie jest.. Oficjalnie mowi sie "Azerbejdzanin" a "Azer" to cos jak "Szwab" lub "Kacap".
No wiec teraz wreszcie rozumiem czemu wszyscy spotykani miejscowi mieli takie banany na gębach jak mowilam cokolwiek o "Azerach" i czemu prawie rzucali mi sie na szyje przy kazdej probie podjecia tematu tej narodowosci
Skoro juz zeszlo na taki temat to Nadia opowiada nam o czasach wojny w Karabachu. W Goris nie bylo jakis regularnych walk na ulicach. Acz czasem spadaly bomby. Kiedys w srodku dnia jedna spadla na szkole. Byly wtedy w niej wszystkie dzieci Nadii. Pobiegla wiec boso, jak stala, do szkoly, mimo ze byla to sniezna zima. Na szczescie zadnemu dziecku nic sie nie stalo. Bomba upadła na pusta sale gimnastyczna. Mniej szczescia miala babcia synowej. Staruszke zabily odłamki we wlasnym ogrodku. Wieczorami ludzie starali sie nie wychodzic z domow. Zdarzaly sie czesto w miescie nocne strzelanki. Acz nie wiadomo czy byli to zolnierze ktorejs ze stron czy jakies lesne zbóje, ktore zawsze w wojennych czasach wylęgaja sie nie wiadomo skad...
Nadia dzialala w tamte lata w organizacji pomagajacej w szpitalu. Dla kazdej 5-osobowej rodziny przypadal wtedy 1 chleb dziennie. Nadia dzielila ten chleb na trzy czesci. Jedna trzecia dla rodziny. Jedna trzecia zanosila rannym do szpitala a jedna trzecia zołnierzom na granice.. Ponoc majac takie wspomnienia zupelnie inaczej patrzy sie na jedzenie, ktorego jest pełen stol..
Przez dwa lata nie bylo tu pradu, sklepow, komunikacji.. Zima na opał wycieli w Goris cały park... Nadia z mezem prowadzili wtedy w domu minifabryczke rajstop. Wozili je potem po okolicznych wioskach i wymieniali na jaja i ser.
Stojacy obok hotel Goris pelnil wtedy funkcje osrodka dla uchodzcow, uciekajacych z polnocnych prowincji Karabachu, ktore nie trafily pod kontrole Ormian. Ponoc w owe lata caly hotel nadawal sie do calorocznego zamieszkania, a ostatni stali mieszkancy opuscili go zaledwie kilka lat temu.
A tu fotka na pożegnanie z Goris- my, Nadia i "hiszpanskie dziewczyny"
Dzis z mezem Nadii jedziemy w strone wąwozu rzeki Worotan.....
CDN



Odpowiedz z cytatem