Tłumy marudnych turystow poznikaly jak zly sen- wszyscy szybuja tam na nitce pod niebem, w strone swoich hoteli i autokarow. (na samej gorze zdjecia widac wagonik!)



Wieczor schodzi powoli w wąwozy i robi sie coraz bardziej pusto. Coraz bardziej wąwoz jest nasz..

Na dalekim przeciwleglym zboczu majacza ruiny jakis podluznych zabudowan. Nie mam pojecia jak sie tam mozna dostac i ile czasu mogloby to zabrac.



Na samym dnie kanionu, w otoczeniu pionowych skał, niedaleko Diabelskiego Mostu gdzie dzis zmierzamy, widac tez spore ruiny. To chyba to miejsce o ktorym opowiadal nam Paweł! Mial tu byc jakis sredniowieczny uniwersytet, zarosly lianami dzikich pnączy. (choc ten obiekt bardziej przypomina kosciolek







Stad wyglada ze niełatwo tam dotrzec. Idzie jakas sciezka z glownej drogi w dol ale potem przechodzi w urwisko.. Mocno sie zastanawiamy z toperzem czy nie warto by jutro isc TAM a nie jechac pod Aragats.. Ale nie mowimy tego glosno- chlopaki by nam chyba łby urwaly..

Mijamy tez przydrozny grob. Stolik z kieliszkami, obok napoczeta butelka wodki. Przechodzi nam przez mysl zeby sie napic z duchem. Moze mu nalejemy naszej malinowki albo wina? Ale postac z pomnika jakos tak dziwnie swidruje w nas oczami.. Moze woli jak odwiedzaja go tylko przyjaciele i rodzina? Moze woli byc dzis sam? Jednak idziemy dalej bez popasu..





Schodzimy po schodkach w strone rzeki. Na drodze przeblyskiwalo jeszcze slonce. Tu wsrod wysokich skal od dawna czai sie mrok i wilgotny powiew nadchodzacego wieczoru.



Sa tu dwa baseny napelniane woda z cieplych zrodel.



Kawalek rownej skaly pod namioty tez sie znajdzie.