Jak wracamy na gore nad baseny to Piotrek i Mlody juz biesiaduja z miejscowymi. Wahe, Artiom i Ararat postanowili spedzic tu dzisiejszy wieczor. Sa szaszlyki, ryby, ser, warzywa i tutowka.
Toperz i Wahe wpadaja na pomysl aby przeniesc biesiade do basenu. Na poczatku siedza tam sami.
Potem dolacza cala gromada. Robie im zdjecia.
Jednak troche zal ,ze mnie na zdjeciu nie ma. Ustawiam aparat na samowyzwalaczu na brzegu basenu. Lampka juz miga, biegne do reszty ekipy. Nie wiem czemu tak wychodzi ze biegnac potracam reka aparat ktory natychmiast nurkuje w basenie...
Wszyscy krzycza "wyjmij baterie", "wyjmij karte"! Najpierw to ja musze wylowic aparat. Woda nie jest zbyt przejrzysta, siega po pas i jest juz prawie calkiem ciemno. Udaje sie wylowic ociekajaca, bulgoczaca skrzyneczke, ktorej masa chyba sie podwoila.. Wycieram karte w chusteczke, chowam w bezpieczne miejsce.. Moze do rana wyschnie.. Aparat ukladam na skale. Jemu to juz chyba nic nie pomoze... Ide szukac zapasowego aparatu. Zawsze takowy woze.. Nigdy sie jeszcze dotychczas nie przydal, ale licho widac nie spi.. Stary aparat ma strasznie upaćkany i porysowany obiektyw. Ale trudno, grunt ze robi zdjecia.. Tez mam zdjecie w basenie
Nasi ormianscy znajomi bardzo sie przejeli utopionym aparatem. Ponoc tlumaczyli toperzowi, ze to wypadek, ze diewuszka niespecjalnie to zrobila i zeby mnie za to nie bił![]()
Potem impreza przenosi sie na przydrozny parking. Tam gdzie z łady płynie skoczna muzyka. Sa tez tance.
Nasi znajomi sa z Goris. Probuja nas za wszelka cene wsadzic do samochodu i zawiesc w goscine do siebie do domu. Jeden z nich ma ponoc w Goris knajpe i tam mozemy kontynuowac biesiade (ciekawe czy to ta knajpa z drzewami gdzie bylismy dwa dni temu?)
Udaje nam sie w koncu ich przekonac ze chcemy spac w namiotach wsrod skał. Nie mozemy przeciez powiedziec wprost samej prawdy- ze boimy sie z nimi wsiasc do auta i nie chcemy uczyc sie latac na tutejszych serpentynach
Spi sie dobrze. Nie budzi nas sauna w namiocie, bo mimo ze slonce jest juz wysoko to w waskim przesmyku wciaz jest cien.
Od rana kreci sie tu sporo miejscowych turystow. Wiekszosc z nich jednak konczy zwiedzanie przy basenach, malo kto schodzi po linie do rzeki. Do jaskini nie dociera praktycznie nikt. Jakis facet przychodzi do nas z flaszka. Troche sie bronimy- pic bimber przed sniadaniem? przeciez to sie musi od razu zrobic niedobrze! ale jak tu nie łyknac za przyjazc polsko-ormianska? O dziwo trunek uklada sie w brzuchu calkiem niezle. Domowej roboty sliwowica. Chyba najlepszy napoj spozyty na tym wyjezdzie.
Wsadzam wylowiona karte do zapasowego aparatu. Wykapany aparat to tylko robi bul bul przy zmienie pozycji.. Niestety karta sie nie czyta.. Jest sucha ale aparat wyswietla "card error". Wszystkie zdjecia z Nadia, z hostelu, z Tatew, z wawozu, z jaskini, z ruin w kanionie, wszystko szlag trafil?.. Ogolnie wpadam na dno rozpaczy. W tamtej chwili mam ochote wracac do domu, zamknac sie w kibelku i buczec do konca dni swoich.. Swiat wydaje mi sie podly i zly.. Toperz mnie pociesza ze sa ponoc jakies firmy co odzyskuja zdjecia z kart nawet rozjechanych przez czołgi..
Karta "nie wyschła" rowniez po dwoch, ani po kolejnych dniach.. Codziennie sprawdzalam... A moglam po prostu wlozyc ta karte do aparatu Piotrka albo Młodego.. Sprawa rozwiazala by sie od razu.. Z karta bylo wszystko w porzadku.. Tyle tylko ze byla to moja jedyna karta wielkosci 4GB, pozostale mialam dwojki. A stary aparat po prostu tych wiekszych kart wogole nie czyta..
Dzis opuszczamy wawoz Worotanu i planujemy sunac w strone Aragatsa czyli prawie na drugi kraniec Armenii. Poczatkowo chcielismy jechac stopem ale Nadia nas przekonala ze to nie jest najlepszy pomysl. Czasu mamy juz niewiele a podroz stopem do Biurakanu zajmie nam minimum trzy dni. Polecila nam znajomego taksowkarza. Jest ponoc mily, mozna z nim sie bez problemu dogadac i dla gosci Nadii ma duzo nizsze ceny. Dzwonimy do niego z Diabelskiego Mostu. Dzis wiec bedzie tzw "dzien burżuja" - od rana do wieczora wozimy sie wszedzie taksowka.
CDN


Odpowiedz z cytatem