Namioty stawiamy wsrod kolorowych jesiennych krzewow. Wieczorem gotujemy pulpe.
Młody zaciera sobie oko ostra papryka- ponoc nic przyjemnego.
Zgubilam dzis niezbednik, nie mam pojecia gdzie go posialam :( Ale gdzies przy drodze znalazlam widelec. Mam wiec czym zjesc pulpe
Nasz namiot odwiedza jakas nieznana "makoma"
Rano budzi nas slonce, muczenie krow i nawolywanie pasterzy. Obecnosc tych trzech czynnikow wzbudza w nas wiare ze lato sie jeszcze nie skonczylo.
Pelni optymizmu wiec wspinamy sie serpentynami w gore. Troche nas martwi ze do jeziorka jeszcze z 15 km trzeba tak poginac tym asfaltem? Masakra... Probujemy lapac stopa ale wszystkie auta ktore nas mijaja sa pelne.. Miejscowi mowia ze marszrutka na gore nie jezdzi...
Zaczepia nas pasterz pytajac czy nie szukamy transportu na gore. Jasne ze szukamy! Przeszlismy chyba z kilometr i juz mamy dosyc(moze to wina tych zapasow z Areni w plecakach?
) Pasterz dzwoni wiec do kumpla ktory odpłatnie zawiezie nas na sama gore. Pasterz ma niecodzienny element garderoby- czapeczke z orzelkiem i napisem "Polska". Dostal ją juz dobrych pare lat temu od turysty z ktorym wspolnie przebiesiadowali wieczor. Widac wiec ze podarek byl trafiony!
Po chwili zajezdza niskopodlogowy volksvagen ktory prawie ciagnie brzuch po ziemi. Po zaladowaniu 4 osob i 4 plecakow czochra juz bebechami na rownej drodze a co dopiero na dziurach. Coz robic, jedziemy.
Dzien staje sie coraz bardziej pochmurny i ciemny. Gory sa tu obłe, kamieniste, pokryte jakimis porostami. Wszystko ma odcien stalowo-szaro-zielony. Tak sobie troche wyobrazalam daleka polnoc i tundre np. Ural Polnocny na ktory od lat marze aby sie wybrac...
Pełzniemy pod gore zolwim tempem, zapach palonego sprzegla roztacza sie wokolo a i tak co chwile slychac donosne "pierdutt" o nawierzchnie.. Kierowca marszczy sie na kazdej dziurze, na kazdym zakrecie z przerazeniem wyglada co sie wyloni zza wzgorza. Poci sie straszliwie, co chwile ociera pot chusteczka a i tak prawie zalewa mu oczy. Wyglada jakby odmawial caly czas jakies modlitwy dziekczynne ze jeszcze wciaz auto jest w stanie jechac.. Wyglada na to ze koles calkowicie nie wiedzial na jaka trase sie porwal. Albo tak bardzo chcial zarobic, albo nie potrafil odmowic jak przyjaciel zadzwonil i go porosil? Szlag wie.. Acz droga wcale taka zla nie jest. Jestem pewna ze skodusia to by tu bez problemu smignela nad samo jeziorko!
Jakis kilometr przed jeziorkiem mowimy kierowcy zeby zawrocil a my dalej pojdziemy pieszo. Jego sciagnieta i skupiona twarz nie jest chyba w tej chwili w stanie sie usmiechnac, ale oczy wyrazaja dozgonna wdziecznosc.
Tego odcinka volksvagen z Biurakanu by zdecydowanie nie przebyl, a o ile auto by dalo rade to kierowca by mogl zejsc na serce..
Po wyjsciu z samochodu uderza nas potworne zimno. Masakra- jak tu duje wiatrem! Temperatura chyba spadla o 20 stopni. Pospiesznie rozbebeszamy plecaki naciagajac na siebie wszystkie warstwy cieplych ubran. A juz myslalam ze tachalismy to wszystko nadaremnie- a tu myk i sie przydalo.
Monotonny wrecz ksiezycowy krajobraz czasem rozswietla jakas czerwona plama roslin albo zielony baraczek jakby zapomniany przez pasterzy.
Ciekawe kto uzywa tego baraczku- w srodku jest sporo klatek, acz nic nie wskazuje co w tych klatkach mogloby byc trzymane.
![]()



Odpowiedz z cytatem