Cerkiewka na uboczu podoba mi sie znacznie bardziej niz ta glowna. Cienista aleja, wielka brama, podcienia i odwrotna niz w poprzedniej proporcja miejscowych do turystow..
W ciemnych wnetrzach wlasnie odbywa sie chrzest. Chowam sie za filarem. Spiewaja. Spiewa ksiadz, spiewa rodzina i znajomi. Jakos tak na glosy. Nic nie gra. Popiskiwanie niemowlecia miesza sie z muzyka i odbija echem po surowym wnetrzu budynku.
Przed cerkiewka czeka juz slub. Panna mloda ciagnie za soba dwumetrowy tren. Jej kuzynki i kolezanki chyba zrobily sobie konkurs ktora bedzie miala wyzsze obcasy i mimo wszystko da rade pokonac dystans auto- kosciol. Mała dziewczynka w bialej sukience, z koszyczkiem z ryzem i płatkami kwiatow donosnie placze. Nawet duzy czerwony lizak wreczony przez dziadka zupelnie nie pomaga. Kilku chlopakow wbitych w garnitury, kreci sie nerwowo, poprawia ciemne okulary i zlote łancuchy. Widac ze w dresie czuli by sie lepiej niz w krawatach. Obok stoja rzedy wyblyszczonych, wypasnych aut o grubych brzuchach..
Gdzies na przycerkiewnej rabatce poznaje swiat malutki kotek. Goni chwiejace sie na wietrze kwiatki, sciga sie z wlasnym cieniem. Donosnym miauczeniem kwituje kazdy poznany element- kolczaste lodygi rozy, bloto, siadajace na nosie muchy.
Wracamy do Erewania fajnym starym autobusem, w ktorym nie udalo sie nam rozszyfrowac przeznaczenia niektorych wewnetrznych konstrukcji. (acz napewno na zielonym sznurku mozna powiesic i wysuszyc mokre skarpetki! Zaluje ze takowych przy sobie nie mam.
Po drodze blokowiska z rozowej kostki, miejskie zagrody dla owiec i spokojne zycie upalnego popoludnia..
Dzis chyba caly narod w Erewaniu wylegl na ulice. Wojskowi grupkami i samotnie podazaja w strone przeciwna od centrum. Dziewczyny prezentuja swoje wdzieki na glownych ulicach. Chlopcy staraja sie glosno rozmawiac przez komorki, tak trzymajac aparaty aby przypadkiem nie zaslonic emblematow firmy. Jedni i drudzy rzucaja wzrokiem wokolo czy przypadkiem ich wysilki nie sa daremne.. Kłebi sie w drogich knajpach i sklepach oferujacych wszelaki chłam w kolorowych, firmowych opakowaniach.
Jeden ze zwyklych dni scislego cetrum stołecznego miasta...
Choc mam wrazenie ze dzis wyjatkowo wszedzie sie kłebi od ludzi. Niby swieto narodowe mieli w pare dni temu.. Jest srodek tygodnia.. Wszesniej nie bylo tak gesto na ulicach.. Jutro tez nie bedzie..
Nawet w "naszej" knajpie "Kaukaz" nie ma dzis miejsc. Mowimy wiec ze poczekamy i rozsiadamy sie na schodach na zewnatrz. Co chwile kelnerki informuja kolejnych gosci ze "miest niet". Dla nas jednak szybko znajduje sie stolik. Nie wiem czy ujela je za serce nasza wytrwalosc czy moze przypyleni turysci siedzacy na progu nie zostali uznani za wlasciwa reklame przybytku?
Roi sie tez od policji, ktora wymysla sobie rozne zadania np. zamyka glowne ulice, konwojuje notabli w czarnych limuzynach, cieszy sie gwizdkiem i swiecaca pałeczka, doglada licznych "stłuczek" gdzie lekko zarysowaly sie wypolerowane zderzaki. Wszedzie slychac ich syreny i migajace czerowno-niebieskie swiatelka.
Acz ich wszechobecna mnogosc nie przeszkadza wyrostkom rzucac w turystow kamieniami.
Probujemy dzis dotrzec do tzw "Matki Armenii" sporego pomnika gorujacego nad miastem. Wedrujemy jednak od jakiejs zlej strony bo dochodzimy tylko do opuszczonych hoteli i plataniny autostrad. Do samego pomnika dzieli nas nieduzy dystans. Odstrasza nas jednak wizja pokonania kilku nitek drog wypelnionych po brzegi rozpedzonymi autami. Po drodze tez nam sie jakos konczy dzien..
Widac ze nie jestesmy pierwszymi Polakami wedrujacymi ta okolica!
![]()



Odpowiedz z cytatem