Kawalek dalej jest juz dziki i pusty wawoz. Przy jakis ruinach zatrzymujemy sie na drugie sniadanie, gdzie pozeramy pysznosci pozyskane na bazarze.









Stopem podjezdzamy do Garni. Pytam po drodze o bazaltowe slupy. Kierowca drapie sie w glowe i mowi ze zawiezie nas pod swiatynie- tam jezdza turysci. Faktycznie, przy kamiennym budynku wspartym na kolumnach kłebi sie tłum. Na plocie cos pisze o jakis opłatach za wstep.
Przed swiatynia jest mini bazarek. Ponawiamy tam pytanie o dojscie do bazaltowego wawozu. Babka wskazuje nam wijaca sie w dol serpentynami droge.. Z daleka usmiecha sie urwisko pełne osypanych kamieni. To pewnie tam...







Po drodze spotykamy dwa sympatyczne szczeniaczki. Na szczscie ich mama nie zaszczycila nas swoja obecnoscia.



Droga poczatkowo jest wybrukowana, potem bita, a pozniej zmienia sie w taka nawierzchnie jakie lubie najbardziej



Pokonujemy jakies ploty. Sciezka wiedzie przez jakis teren jakby strzezony. Wychodza do nas straznicy i groznym glosem pytaja dokad idziemy. Mowie ze do bazaltowych slupow. Ich geby sie usmiechaja, puszczaja nas bez problemu. Potem jest jeszcze jeden plot. Znow nie wybralismy najprostszej drogi

Im dalej w wawoz tym bardziej otwiera sie gęba! Czegos takiego to ja jeszcze nie widzialam.. Troche toto wieksze niz Wielisławka i Organy Myśliborskie