Droga sie wije wsrod nawisow, wnęk i mini jaskin.













Strasznie chce mi sie pic! Fakt- od rana sie bardzo ograniczalam z piciem majac w planach podroz marszrutka.. A moze to po tym kwasnym winie z bazaru mnie tak suszy? Coraz bardziej łakomym wzrokiem spogladam na przeplywajacac obok rzeczke. Ale pewnie ona najpierw plynela przez wies...



Jest tez jakas rura z sikajaca woda, a slonce rozszczepia sie tęczowo na kroplach.. Toperz odciaga mnie w druga strone: "nie, buba, nie pijemy wody z nieznanej rury". Pic!!!!!!!!



Na szczesce odkrywamy malenkie struzki splywajace spomiedzy popękanej skaly. Ta woda chyba jest czysta. I najsmaczniejsza ze wszelakich napoi jakie kiedykolwiek pilam! Chlopaki biegaja wokol i robia zdjecia. A ja łapie wode i pije, i pije i chyba wypilam juz wiadro ale pije dalej. Co mi sie stalo?? Chyba wiem co czul smok wawelski w momencie ktory okryl go sławą



Dopiero po chwili moge sie na spokojnie rozejrzec wokolo. Duzo tu dogodnych miejsc biwakowych ale niestety zostawilismy namiot w Erewaniu.. Trzeba bedzie sie zbierac spowrotem, slonce zaczyna juz miec takie cieple kolory..









Młody łapie na stopa biala niwe, ktora nagle napatoczyla sie jak spod ziemi- dolina byla przeciez zupelnie pusta! Tak poznajemy Wartana i Arama, ktorzy biwakuja w dalszej czesci doliny a teraz jada wlasnie do sklepu bo skonczyla im sie wodka. Probuja nas przekonac zebysmy wrocili z nimi pod bazaltowe słupy. Ze wypijemy jedna lub dwie kolejki za "bratnie narody", zjemy barana i odwioza nas do Erewania. Ze tylko na godzinke, no gora, dwie! Poczatkowo nawet sie zgadzamy...
Ale kierowca juz teraz ma dosc. Z blednym wzrokiem jezdzi w kolko po wiosce szukajac po sklepach jakiegos ulubionego trunku. Widze, ze na skrzyzowaniu wogole nie zauwazyl hamujacej z piskiem opon łady.. Pasazer jest w lepszym stanie, jest mily ale troche namolny. Strach bedzie z nimi wsiasc do auta jak jeszcze troche wypija.. Poza tym jakos nie wierzymy w tą godzine.. Impreza sie pewnie skonczy pozna noca, bedzie ciemno wszedzie a my bez namiotu i spiworow.. Trzeba sie jakos wykrecic.. Nie jest to proste.. Negocjacje, namawiania, przekonywania i pozegnania trwaja dosyc dlugo. Troche pomaga jak mowie, ze dzwonil znajomy z ktorym mielismy sie dzis spotkac w Erewaniu i musimy tam wracac bo bedzie mu przykro. Co zreszta nie jest zupelnym mijaniem sie z prawda. Wczoraj dzwonil Samuel i pytal czy bysmy sie z nim nie umowili na ktorys nastepny wieczor

Ufff.. Udalo sie wyrwac.. Pakujemy sie szybko do marszrutki.. Troche zal barana i imprezy pod skalami. Ech.. szkoda ze zostawilismy plecaki w Erewaniu. Bylibysmy niezalezni. Mozna by zostac na imprezie a potem pozegnac sie kiedy przyjdzie ochota i isc spac we wlasnym domku.. Duzy plecak i namiot daja jednak wolnosc i mozliwosc dostosowywania planow do scenariusza wycieczki piszacego sie na biezaco

Na kolejny dzien jakos nie mamy planow. Dzis nasz ostatni dzien w Armenii... Wstajemy dosyc pozno. Pakujemy plecaki i umieszczamy je w jakies pralni, bo Stiopa prosil zeby zwolnic pokoj. Idziemy sie powloczyc po Erewaniu. Juz zaraz po wyjsciu z domku od Stiopy przykuwa wzrok pewna roznica w krajobrazie. Taaaa... dzis Ararat widac tak naprawde. Nie jakis marny zarys ktoremu trzeba sie przypatrywac doglebnie, nie jakas gora czasem przeblyskujaca spomiedzy chmur... dzis go widac naprawde.. Tak jak na pocztowkach i magnesikach we wszystkich sklepach z pamiatkami, a ktore zdawalo nam sie ze sa dzielem photoshopa..





Dzisiaj to musi byc fajnie w Khor Virap. To co, jedziemy? Nawet nie wiemy jak to jest stad daleko, bo nie planowalismy tam jechac.. Wracamy wykopac mape z plecaka. Pytamy Stiope czy zalatwil by nam jakis dojazd pod Ararat. Stiopa dzwoni i za chwile przyjezdza jego kolega.

To jest naprawde niesamowite wrazenie, jakby ta gora urosla tu nagle w ciagu nocy. Wczoraj jej jeszcze prawie nie bylo. Teraz zdaje sie dominowac i przytlaczac wszystko wokol. Jakos wczesniej widzialo sie wioski, kosciolki, ludzi i samochody. Dzis jest tylko ona, Wielka Gora! I reszta u jej podnoza...