No już Cię lubię:)
Mój patent na gotowanie w namiocie w zimie jest bardziej skomplikowany - to w zasadzie patent na spędzenie miłego wieczoru zimowego bez odmrażania tyłka i innych części ciała.
Otóż - po przybyciu na stanowisko rozpoczynam przygotowania od zbudowania wału śnieżnego w kształcie literki U, o długości ramion około 2 metrów, wysokości jak najwyższej i szerokości przestrzeni pomiędzy ramionami litery równej szerokości wyjścia z namiotu. Następnie w tak usypany wał wstawiam drewno na ognisko i zamykam otwartą część 'literki' namiotem. Następnie wzniecam ogieniek (dobrze jest robić to w lesie, pod/za osłonami naturalnymi chroniącymi przed wiatrem. I paląc nieduży ogień gotuję na nim wodę, zupki i inne strawy. Gdy nadchodzi czas snu, dorzucam drew do ognia, by był nieco większy i pławię się w cieple. Cudnie schną buty, skarpety, rękawice. Cieplik ogniska odbija się od wału śnieżnego i rozgrzewa mnie i namiot niemiłosiernie. Trzeba tylko wciąż pamiętać o p-pożu. Ale to nie jest szczególnym problemem, gdy wał śniegu jest odpowiednio wysoki. Przed zaśnięciem zagaszam płomienie dla bezpieczeństwa i wbijam się w puchy. Pierwszy taki biwak odbyłem kiedyś w Gorcach, gdy zagubiłem drogę na Stawieniec i musiałem nocować w lesie, nie w szałasie. Nocny mróz sięgał -25-28 stopni. Ja siedziałem we flanelówce i portkach, piłem gorącą herbatkę litrami, słuchałem wycia wilków z oddali i zakochiwałem się coraz bardziej w chaszczowym życiu:) Wiele razy później korzystałem z tego zimowego patentu - okazał się wręcz doskonały. Spróbuj tego, a nie będziesz benzyną czadził las i siebie
Pzdr
D.




Odpowiedz z cytatem
