Wtorek, 17 czerwca
Śniadanie zjedliśmy w nieco smutnych nastrojach, ponieważ tego dnia Asiczka, ze względu na swoją nową pracę, musiała nas na jakiś czas opuścić. Spakowaliśmy się, ale większość gratów zostawiliśmy razem z busem Geronimo pod schroniskiem. Mieliśmy zamiar zabrać go jutro, po zejściu czarnym szlakiem z Połoniny Wetlińskiej. Wzięliśmy z sobą najniezbędniejsze rzeczy, ponieważ planowaliśmy nocleg w Chatce Puchatka.
W ostatniej chwili odstawiliśmy Asiczkę na przystanek PKS, a potem pojechaliśmy zrobić zakupy. Na ławce pod sklepem obok jadłodajni „Smak” (niestety już nieczynnej) narodził się pomysł spróbowania jakiegoś trunku o charakterze wybitnie lokalnym. Wybór padł na wino „Bieszczady”. Na czerwonej nalepce widniał niedźwiedź, a dumny napis głosił: „Aromatyzowane wino czerwone owocowe słodkie”. Kupiliśmy je z myślą wypicia na Wetlińskiej.
Samochód Irka zostawiliśmy u jego cioci w Starym Siole. Ruszyliśmy potem z plecakami przez Wetlinę, mając ambitny plan dotarcia pieszo do Górnej Wetlinki, skąd czarnym szlakiem chcieliśmy dojść do „Końskiej Drogi”, czyli żółtego szlaku wiodącego do Chatki. Niestety, już po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się przy nas bus. Daliśmy się skusić okazji i podjechaliśmy do Wyżnej Przełęczy (na mapach Compassu opisanej jako „Przełęcz nad Berehami&#8221). Zaczęliśmy wiec podchodzenie na Wetlińską tą „kultową trasą turystów w klapkach” jak kiedyś określiła ją Asiczka. Podejście tym szlakiem zajmuje zwykle godzinę.
Zrobiło się bardzo gorąco, słoneczko przyświecało, wzbudzając w nas pragnienie. Po dotarciu do skrzyżowania z czarnym szlakiem postanowiliśmy więc dokonać degustacji wina „Bieszczady”.
Geronimo fachowo odbił flaszkę od tylca, i każdy z nas po kolei delektował się smakiem bieszczadzkiego jabola o smaku wiśniowym, pijąc, jak tradycja nakazuje, prosto z gwinta. Ciekawska po pierwszym łyku uprzejmie odstąpiła nam swoją kolejkę. :D
Efekt degustacji był wstrząsający. Iras na przykład pomacał gołą ręką salamandrę! Bleee..... Koniec końców, dotarcie do Chatki Puchatka zajęło nam 2,5 h. Niechybnie pobiliśmy w ten sposób rekord trasy.
Dorota powitała Irasa bardzo wylewnie, jako swojego starego znajomego. Lutka nie było - wybrał się akurat do Norwegii. Zostaliśmy wpuszczeni do zamkniętej zwykle świetlicy „dla prawdziwych turystów”, przyozdobionej pięknymi fotografiami Połoniny i Chatki w różnych porach roku. Niektóre z tych zdjęć były autorstwa Irasa.
Irek został z Dorotą, żeby trochę poplotkować, a my we trójkę poszliśmy znaleźć sobie jakieś piękne widokowe miejsce, gdzie można by się uwalić w trawie. Do wyboru mieliśmy milion takich miejsc. Widoczność mieliśmy wspaniałą, a połoniny i lasy pokryte były soczystą zielenią. Po błękitnym niebie sunęły chmury o niesamowitych kształtach. Leżeliśmy tak chyba dwie godziny, gapiąc się na Bieszczady. Potem zaburczało nam w brzuchach i zrobiło się chłodno.
W międzyczasie udało nam się dodzwonić do Aleksandry, która, jak się okazało, siedziała w Wetlinie. Namówiliśmy ją, żeby razem z koleżanką Kwiatkiem przyszły nocować w Chatce.
Aż do zachodu słońca siedzieliśmy w świetlicy gadając z Dorotą, a właściwie słuchając jej opowieści. Skarżyła się na turystyczną stonkę - że domaga się w Chatce lodów, baterii do walkmana, że śmieci, bazgrze po ścianach i co gorsza kradnie. Opowiadała, jak to Lutek wjeżdża GAZ-em na grań, żeby przelać wodę do cysterny na dachu; jak to kiedyś zimą szlag trafił sprowadzoną ze Spitzbergenu elektrownię wiatrową; dlaczego w kiblu za granią nie ma drzwi - bo i tak wiatr je zawsze urywał; wreszcie opowiadała o burzach, jakie kiedyś bywały na Wetlińskiej, zanim nie wybudowano ściągających obecnie pioruny zbiorników w Solinie i na Słowacji. Otóż Dorota dwukrotnie miała wątpliwą przyjemność bycia świadkiem zjawiska pioruna kulistego. Cos takiego materializowało się w Chatce, przenikając po prostu przez ścianę - w miejscu przenikania pozostawała osmolona plama. Dorota opisała piorun kulisty jako małą, świecącą kule, poruszającą się bardzo szybko, i ciągnącą za sobą smrodliwy warkocz. Piorun za każdym razem rozwalał w Chatce obie radiostacje, starannie omijając przy tym ludzi, i znikał w ścianie lub podłodze.
Zasłuchani w te opowieści o mało co nie przegapiliśmy zachodu słońca. A był naprawdę przepiękny. Staliśmy na grani dygocząc z zimna na wietrze, dopóki pomarańczowa kula nie schowała się za górami.
Parę chwil później do Chatki zapukały Aleksandra z Kwiatkiem. Siedzieliśmy więc dalej w siódemkę, jedząc kolację i rozmawiając. W pewnej chwili wymknęłam się na zewnątrz.
Staliście kiedyś samotnie na grani połoniny ciemną nocą, mając tylko gwiazdy nad głową, a wokół morze ciemności rozświetlone gdzieniegdzie słabymi światełkami wiosek...? Jeśli nie, to możecie się tylko domyślać, co się wtedy czuje...
Za moją namową każdy po kolei wychodził z Chatki. A potem poszliśmy na piętro spać, z mocnym postanowieniem, że wstaniemy o świcie, żeby oglądać wschód słońca.



Wiadomość została zmieniona (08-07-03 10:06)