Wyrażone przeze mnie zastrzeżenie jest tylko spowodowane obawą o stan umysłu nieprzygotowanego historycznie czytelnika "Łun w Bieszczadach", który po przypadkowej lekturze tej książki będzie wiedział, co następuje:

1) byli źli Ukraińcy i dobrzy Polacy, ci pierwsi dopuszczali się niebywałych okrucieństw na jeńcach i ludności cywilnej (w tym kobietach i dzieciach), a ci drudzy - wcale;
2) akcja "Wisła" okazała się smutną ale konieczną konsekwencją ww. bezeceństw UPA, gdyż był to jedyny sposób pozbawienia UPA jej bazy logistycznej i zaplecza kadrowego.

A przecież to lipa. Wydarzenia na Wołyniu i Podolu spowodowały szereg odwetów ze strony polskiej. Miało to miejsce również w Bieszczadach - np. w Terce nasi spalili żywcem kilkadziesiąt osób cywilnych, w tym dzieci.
Akcja "Wisła" była długo przygotowywana, tak że plotki - informacje o niej dotarły w Bieszczady i skonsolidowały Łemków, nie zawsze uważających się wcześniej za Ukraińców (raczej za "tutejszych" Rusinów).
Z partyzantami UPA można było rozprawić się bez konieczności dokonania czystki etnicznej, jaką była - wg obecnego nazewnictwa - akcja "Wisła". Trwało by to może rok dłużej i wymagałoby więcej sił KBW i UBP.

Michał napisał (o książce J. Gerharda): "Ale lektura jak najbardziej wskazana - bardziej jednak z punktu historii literatury polskiej."
Co się dzieje ?! Pierwszy raz zgadzam się z Michałem.

Pozdrawiam