Jako, że dzień był całkiem ładny, dreptaliśmy sobie tempem nie za szybkim, nie za wolnym, takim w sam raz. Widoczność była bardzo dobra, mogliśmy więc podziwiać rozmaite panoramy, a to od Caryńskiej przez Rawki, Jawornik, Paportną, Wielki Beskid po Płaszę:
hranica4.jpg
A to wstecz, na Rypi Wierch z przyległościami i masyw Hyrlatej:
hranica6.jpg
I na południe i na północ też.
Miejscami las był jeszcze przybrany świątecznie, na drzewach wisiały bombki:
hranica5.jpg
Tak leząc po kostki w śniegu, przypominałem sobie inne zimowe wyjazdy, kiedy to bez rakiet, w śniegu po nabiał, próbowaliśmy od Ruskiego Siodła dostać się do Balnicy i osiągnąwszy Manewą, ze średnią prędkością około kilometr na półtorej godziny, podjęliśmy decyzję o wycofaniu się na Pryslipce, czy też wyjście przed dwoma laty na graniczny od strony Rawek, już na rakietach na szczęście (pokrywa śnieżna sięgała wówczas około 1,5 metra), kiedy to na drugi dzień podejmowaliśmy próby wbicia się w zabetonowany buczynowy las na Paportną i jako, że głową muru nie przebijesz, byliśmy zmuszeni podejść na polany Wiekiego Beskidu i tam dopiero udało się wejść do lasu, czy inne, ubiegłoroczne wspomnienie podejścia na Płaszę, gdy przy lekko ujemnej temperaturze padał jakiś taki deszczośnieg, który pokrywał odzież marznącym pancerzem. Wspaniała i jakże nieprzewidywalna jest zimowa aura!