"Polska nie dochodziła do niepodległości nabijaniem dzieci na sztachety od płotu, czy rabaniem siekierami ludzi na kawałki, a jak mi się wydaje najwieksze pretensje (oprócz skali zjawiska) dotyczą metod jakimi się posłuzono"
Piotrze, ale takie "metody" też są nam, Polakom, niestety nieobce. Niecałe 100 lat przed wydarzeniami na Wołyniu i Podolu, w Galicji grasował niejaki Jakub Szela i jego kamraci. Jego walka nie miała co prawda charakteru niepodległościowego (a nawet wręcz przeciwnie), ale nie był to też zwykły, rabunkowy bandytyzm. Była to rebelia społeczna, pamiętana w Galicji aż do I Wojny Światowej. Nawet goście weselni p. Lucjana Rydla ten temat sobie ze zgrozą przypominali: "mego ojca piłą rżnęli ..." ("Wesele" St. Wyspiańskiego). Skala zjawiska też była znaczna.
O wcześniejszych stuleciach wspomniał Sofron. Ja tylko dodam: bratobójcza bitwa pod Mątwami, po której masowo wyrżnięto jeńców (XVII w.). Wiesz coś o niej ? Jeśli nie wiesz, to nie musisz się z tego powodu wstydzić. Nasza historiografia takie rzeczy skrupulatnie przemilcza. Wiedzą o niej zawodowi historycy i grono takich hobbystów historii jak ja.
A zresztą nie tylko historyk, ale i psycholog mógłby coś na powyższe tematy powiedzieć. Istnieje tzw. "psychologia tłumu". A tłum bywa o wiele okrutniejszy niż jednostka. Wystarczy "odpowiednio" poszczuć tłum chamstwa, naprawdę obojętne, czy ukraińskiego, czy polskiego, czy niemieckiego, itd. Dalej już ... samo pójdzie. Jak np. w Jedwabnem.
Pozdrawiam


Odpowiedz z cytatem