Przemolla swoją relacją z wyprawy do Łopienki wyłuskał z pamięci, mój zupełnie nieświadomy i przypadkowy, pierwszy z nią kontakt. Zdarzenie, które pragnę opisać, na dzień dzisiejszy, może wywołać uśmiech politowania, a na usta będą cisnąć się wyrazy współczucia. Obecnie zapoznany z pewną ilością publikacji dotyczących legend bieszczadzkich, mogę tylko puścić wodze fantazji i przypuszczać, że to dobre duszki, czyli Czady, doprowadziły mnie do tego miejsca bez moje świadomości, gdzie idę i w efekcie końcowym, gdzie dotarłem. Ówczesne badanie alkomatem, by wykazało, tylko same zera. Pragnę zaznaczyć, że w owym czasie, moja wiedza na temat Bieszczadów i takich urokliwych miejsc, jak m.in. Łopienka, była na poziomie embrionalnym i ograniczała się tylko do dobrze oznakowanych i czytelnych szlaków turystycznych, zaznaczonych na mapie. Dzień wcześniej „zaliczyłem” szlak Wołosate-Rozsypaniec-Halicz-Tarnica-Wołosate, czyli, dzień następny 22.09.2004 r. miał być dniem relaksacyjnym, ale mały spacerek drogą asfaltową, nie powinien zaszkodzić. Z Dołżycy wybrałem się, bez mapy, kompasu i jedynie z małym batonikiem w kieszeni, w kierunku na wschód, do skrzyżowania Buk – Wetlina. Zafascynowany przełomem Solinki, dotarłem do drogi odbijającej w lewo i pod presją ciekawości, dokąd ona prowadzi, podążyłem całkiem przyzwoitym asfaltem, pod górę. Kolejne zakręty, tylko potęgowały ciekawość, co będzie za następnym?. W zasadzie, to jedynie salamandry budziły ciekawość i zainteresowanie aż do końca drogi, czyli do przełęczy 748. Wtedy nie wiedziałem, gdzie się znajduję i jak wrócić z powrotem. Wracanie tą samą drogą, jakoś nie wchodziło w rachubę i postanowiłem, że bardziej atrakcyjny będzie powrót, na skróty w dół. Serpentyny tak pomieszały mi w głowie, a brak słońca również się do tego przyczynił, że nie potrafiłem określić kierunków świata. Żadnych znaczków prowadzących do bazy studenckiej nie zauważyłem, a jeśli nawet bym zauważył, to i tak nic by to mi nie powiedziało, dokąd prowadzą. Przewodnia myśl, która kołatała się w głowie, to trzeba iść w dół. Znalazłem jakąś marną ścieżkę, pewnie zwierzęcą, która po krótkim czasie zlała się z poszyciem i tyle ją widziałem. Na dzień dzisiejszy to mogę jedynie stwierdzić, z pewnym prawdopodobieństwem, że szedłem równolegle do szlaku prowadzącego do bazy studenckiej. I tu muszę przyznać, że wtedy przeszedłem chrzest bojowy z zakresu chaszczowania. Po pewnym czasie dotarłem do jakiejś drogi, po wcześniejszym przeprawieniu się przez potok i dalej nie wiem gdzie jestem. W prawo, czy w lewo, chodziło po głowie. Pierwszym obiektem, który rzucił się w oczy, był paśnik. Usiadłem w nim i aby wzmocnić myślenie skonsumowałem batonik, który jedynie zabrałem na ten niby chwilowy spacer. W czasie konsumpcji pojawiła się jadąca od lewej strony furmanka z woźnicą. Jednak, jakaś siła nie pozwoliła mi zapytać tego pana, gdzie ja jestem?. Tak sobie pomyślałem, że jeżeli on jedzie w prawo, to i ja powinienem w tym kierunku się udać. Zdjęcie tego paśnika zrobione rok temu, na pamiątkę mojego pierwszego i nieświadomego kontaktu z Łopienką.
Paśnik.jpg
Jak pomyślałem, tak zrobiłem i udałem się w prawo stokówką. Po krótkim czasie ukazał się jakiś sakralny obiekt, który z ciekawości obszedłem i zawierzywszy zachęcającemu napisowi, wszedłem do środka. O wrażeniach już nie będę pisał, gdyż ci którzy tam byli, to na pewno to samo odczuli. Potwierdzeniem tego, niech będzie fakt, że przez kolejnych kilka pobytów w Bieszczadach, Łopienka musiała być odwiedzona. Jednak do miejsca zakwaterowania trzeba jakoś wrócić. Dalej idę w prawo stokówką, napotykam po prawej stronie element cywilizacji, czyli retorty, ale dale nie pytam gdzie się znajduję. W końcu doszedłem do drogi asfaltowej i znowu nie wiem, w prawo, czy w lewo. W lewo pod górę, to chyba jednak nie. Po pewnym czasie widzę drogową tablicę informacyjną, a moja radość i satysfakcja dosłownie szczytują. Idę dobrze, ale do Dołżycy to jeszcze spory kawałek. Ważne, że w dobrym kierunku. Po powrocie do miejsca zakwaterowania, opowiedziałem gospodarzowi i właścicielowi GGG swoją wycieczkę do nieznanego miejsca i dostałem krótką odpowiedź. Byłeś w Łopience i na pewno tam jeszcze nie raz pójdziesz. Minęło prawie 10 lat, od tego mojego pierwszego i nieświadomego spotkania z Łopienką i muszę przyznać, że to chyba jakieś dobre duszki zaprowadziły mnie do tego miejsca, abym zaraził się urokiem bieszczadzkiego bakcyla.


Odpowiedz z cytatem