Zaraz minią 3 miesiące od ostatniego pobytu w Bieszczadach, a ja mam wyrzuty sumienia, że w tak małym stopniu podzieliłem się swoimi wrażeniami. Wiele czynników się na to złożyło, ale winą za swoje milczenie obarczam jedynie siebie. Niedługo będę odliczał dni do następnego wyjazdu i aby zaległości nie uzbierało się zbyt wiele, to postaram się jeszcze coś napisać. Nadszedł upragniony dzień 1.06.2014 r. i zawitałem ponownie do ośrodka Wisan. Podczas pogłębiania swojej wiedzy o wydarzeniach sprzed prawie100 lat w tych okolicach, postanowiłem na rozgrzewkę, prosto z „marszu”, udać się na Piekło.
01.jpg 02.jpg
Tuż przed Leśnictwem Żernica skręciłem w lewo, w nową zrywkową drogę. Na początku wydawała się dość przyzwoita pod względem przyczepności, lecz po kilkudziesięciu metrach, byłem szczęśliwy, że założyłem gumowce. Pod szczytem zdecydowanie się jednak poprawiła.
03.jpg 04.jpg
Sam szczyt nie serwował zbytnich widoków, a jedynie, w przerwie między drzewami można było rzucić okiem na odległą Chryszczatą.
05.jpg
Przebywając na szczycie i rozglądając się na boki oraz mając w pamięci przeczytane informacje o toczących się tu walkach, doznałem pewnego metafizycznego przeżycia. Można zrzucić to na przemęczenie całonocną jazdą lub jakieś przewidzenia (przesłyszenia), ale pomimo tego, bardzo zdziwił mnie fakt, usłyszenia pewnych rozmów. Dosłownie wyglądało to tak, jakby kilka osób jednocześnie rozmawiało ze sobą przez telefon komórkowy, czyli taki ogólny gwar. Spojrzałem w dół, widoczność była dość dobra z racji wysokich drzew i nie widać, aby ktoś szedł przez rosnące niżej krzaki. Trwało to dosłownie kilka sekund i cisza. Powtórzyło się to samo jeszcze dwa razy i to w dość odległych od siebie miejscach. Po powrocie „pochwaliłem” się znajomemu, który amatorsko zajmuje się eksploracją, że znalazłem na Piekle starą zardzewiałą podkowę. Oczywiście roześmiał się i powiedział, że to jest zły znak dla poszukiwacza „skarbów”, natomiast Piekło omija z daleka. Jednak gdy w dalszej rozmowie wspomniałem o swoich przesłuchach, to wtedy spoważniał i powiedział, „ tyle tam ludzi zginęło”. Oczywiście nie upieram się, że usłyszałem jakieś głosy zza światów, ale pozostało to w mojej świadomości, jako zdarzenie trudne do racjonalnego wytłumaczenia.
Gdy już więcej się to nie powtórzyło przez dłuższy czas, poszedłem dalej w kierunku Dzidowej. Trasa dość atrakcyjna, a pod samym szczytem, nawet wymagająca trochę wysiłku.
06.jpg 07.jpg 08.jpg
Po wdrapaniu się na szczyt ponownie zobaczyłem przyjemny dla oka widok.
09.jpg
Zejście trasą zjazdową okazało się bardzo bolesne. Brak wcześniejszej rozgrzewki i odpowiedniej aklimatyzacji, sprawił, że mięśnie ud odmówiły posłuszeństwa podczas schodzenia. Nigdy do tej pory nie czułem takiego potwornego bólu nóg. Dosłownie odnosiłem wrażenie choroby Alzheimera w dolnych częściach ciała. Nawet odpoczynek nie przynosił pozytywnych efektów. Dopiero „genialny” pomysł, aby może schodzić tyłem, uratował mnie przed nocowaniem na stoku Dzidowej.
10.jpg


Odpowiedz z cytatem