Pokaż wyniki od 1 do 10 z 43

Wątek: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

Mieszany widok

  1. #1
    Forumowicz Roku 2016
    Kronikarz Roku 2016
    Forumowicz Roku 2014
    Forumowicz Roku 2013
    Ekspert Roku 2012
    Awatar Wojtek Pysz
    Na forum od
    02.2008
    Rodem z
    Jarosław
    Postów
    2,497

    Domyślnie Odp: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

    Dzień 3. Rozpoczynam powrót właściwy z Łupkowa.

    Mam więc zaliczoną wczorajszą, rzeczywistą, wetlińską lokalizację KIMB-u 2014 i pierwotnie planowaną w Łupkowie. Na pożegnanie pamiątkowy obrazek z wnętrza.


    i pamiątkowy obrazek z zewnętrza.


    Czas rozpoczynać tytułowy powrót. Pierwszy odcinek odbyliśmy w składzie dwuosobowym; z Tomkiem (naszym, Marcowym) poszliśmy przez tunel pod Przełęczą Łupkowska na Słowację.


    Przed wejściem do tunelu zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, żeby nie żałować, że przez całe Bieszczady niepotrzebnie statyw woziłem.


    W tunelu było wyjątkowo jasno, bo niskie, poranne słońce świeciło od polskiej strony wprost w otwór tunelu. Nie było to jednak aż takie jasno, by widzieć dokładnie podkłady kolejowe i kamienie pod nogami, toteż Tomek w połowie tunelu wypróbował swój nowy nabytek - czołówkę Petzla.


    Tuż za połową tunelu usłyszeliśmy od polskiej strony warczenie potężnego diesla. Oho, mamy szczęście, zobaczymy pociąg, nieczęstego gościa na tych torach. Wchodząc do tunelu ustaliliśmy, że w razie niespodziewanego przejazdu pociągu przysuwamy się do ściany tunelu a pociąg przejedzie w zupełnie bezpiecznej odległości. Warczenie diesla nie zbliżało się, więc postanowiliśmy wyjść z tunelu na słowacką stronę i tam zaczekać na pociąg. Tunel ma w pobliżu słowackiego końca zakręt i za zakrętem warczenia już nie było słychać. Pociąg nie nadjeżdżał. Tu się rozstaliśmy. Tomek planował połazić trochę po stronie słowackiej, dojść do granicy i szlakiem wrócić do Łupkowa.

    Ja pojechałem w dół do Paloty. Na dole zastanawiałem się nad dalszą trasą. Można było jechać w lewo, na Medzilaborce albo w prawo, do Polski. Wybrałem w prawo, czyli na północ. Drogą na Medzilaborce już rowerem jechałem a drogą do Polski jeszcze nie. Nie wjechałem jednak od razu na międzynarodową drogę na przełęcz nad Radoszycami, lecz pojechałem kawałek wiejską drogą przez Palotę. Palota, jak większość słowackich wsi, leżących w dolinie ma zabudowę po obu stronach potoku. Po jednej stronie biegnie główna droga „wioskowa”, do domków po drugiej stronie dojeżdża się lub dochodzi przez liczne mostki i kładki. Jest godzina ósma rano, wieś jest pusta. Ludzie albo jeszcze nie wstali, albo już pojechali do pracy, albo te domy to makiety. Nie widać też psów, kotów, kur, indyków, krów, koni ani nic żywego. Najbliższą drogą odbijam w lewo, w kierunku drogi głównej. Było to dobre trafienie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, chyba dalej nie ma już przejezdnego połączenia miedzy drogą wiejska a drogą na przełęcz. Droga przez wieś biegnie w górę doliny i kończy się plątaniną dróżek i ścieżek dochodzących w okolice granicy. Żadna z nich nie pozwala jednak rowerzyście z sakwami nie tylko dojechać do granicy, ale trudno jest nawet wygodnie wypchnąć tam rower (już to kiedyś zaliczałem). A ten drugi powód to taki, że skręcając tam, gdzie skręciłem, dotarłem do eleganckiego urzędu gminy przed którym na eleganckim postumencie stał elegancki czołg radziecki.


    Spotkałem też tutaj jedynego człowieka, młodą urzędniczkę, która pojawiła się znienacka, powiedziała mi „dobre rano” i pognała do urzędu. A ja wjechałem wreszcie na drogę główną i pognałem na przełęcz. Określenie „pognałem” jest bardzo względne. Ja tę względność odnoszę do poruszających się drogą ślimaków. Niektóre z nich koniecznie chciały przejść na drugą stronę jezdni. Nie wiem, po co. Może na tej drugiej stronie był jakiś lepszy świat i one to wiedziały. Większość z przechodzących nie doszła jednak do tego świata i wędrówkę kończyła jako mokra plama na jezdni i kupka rozgniecionych skorupek. Te ślimaczki, którym zrobiłem zdjęcie, zabrałem z drogi i złośliwie odrzuciłem daleko w trawę. Może zrezygnowały z przechodzenia i przeżyły?


    Droga na przełęcz jest bardzo przyjazna dla rowerzysty i bardzo malownicza.


    Na przełęczy zboczyłem trochę z drogi, by odwiedzić stary, kamienny słup graniczny w miejscu dawnej komory celnej.


    Zjazd z przełęczy był dobrą próbą dla hamulców. Spisywały się nieźle, ale nie nadużywałem ich, wskutek czego miejscami przekraczałem ponad dwukrotnie dozwoloną prędkość.


    Przystanek przy radoszyckiej kapliczce.


    Obok źródełka siedział młody człowiek a przed nim stało ze dwadzieścia 5-litrowych pojemników napełnionych wodą; domyśliłem się, że ze źródełka. Ubrany był w zielony kombinezon roboczy, jaki czasem noszą pracownicy leśni. Wysnułem taką teorię, że zainwestował on w pojemniki, nabrał wody i sprzedaje ją przejeżdżającym turystom, którzy chcieliby przywieźć wodę z cudownego źródełka do swoich domów w Warszawie lub Pińczowie, ale nie mają pojemników ani czasu na ich napełnianie. Podszedłem do źródełka i ja ze swoim rowerowym 0,7 litra. Człowiek siedzący przy butlach bez słowa wskazał mi ręką, że wodę czerpie się nie w samym źródełku, ale w zmyślnie poprowadzonym odpływie poniżej.


    W pewnym momencie przy źródełku przystanęło terenowe Subaru, wyszła pani kierowczyni (tak to się ma teraz mówić?) i otworzyła bagażnik. Zielony ludek wstał i zaniósł dwie butle do bagażnika a pani Subaru wstawiła dwie kolejne. Trafiła się chłopakowi dobra klientka, pomyślałem. Pewnie się biedak ucieszył. Po chwili musiałem przeredagować swoje domysły. Zielony chłopak wstawiał do bagażnika kolejne butle, aż wszystkie znikły z pobocza. Subaru mocno przysiadło na tylnej osi, oboje wsiedli do auta, pani kierowczyni zawróciła i pognali w dół, w stronę Radoszyc.


    Przy lokalnej drodze w Radoszycach stoi taki stary dom. Jest go coraz mniej.


    Bo 4 lata temu jeszcze wyglądał tak:


    W Radoszycach postanowiłem odwiedzić cerkiew.


    Na drzwiach cerkwi znalazłem numer telefonu do osoby, która ma klucze. Zadzwoniłem. Odebrała kobieta, która potwierdziła, że ma klucze ale akurat pojechała po wodę do źródełka. Odpowiedziałem, że ja też przy źródełku przed chwilą byłem a na jej powrót zaczekam. Coś sobie zjem, pomodlę się i będę czekał. To niech pan cierpliwie czeka, przyjdę tam. Od źródełka jedzie się tu około 15 minut, więc czekałem spokojnie. Po 30 minutach też czekałem spokojnie. Po godzinie już czekałem cierpliwie. Potem już zapomniałem, od której czekam. W końcu pani przyszła. Otworzyła jedne drzwi, zanurzyła rękę w kropielnicy i przeżegnała się, otworzyła drugie drzwi. Potem usiadła w ostatniej ławce i wyjęła różaniec. Wiedziała z doświadczenia, że odwiedzający spędzi tu kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt minut, które ona może w sensowny sposób wykorzystać. Pokręciłem się po wnętrzu, porobiłem trochę zdjęć. Na pożegnanie zaproponowałem jakieś wynagrodzenie za przysługę. Nie przyjęła, pokazała puszkę na ścianie, do której można wrzucić coś na remont cerkwi. No to wrzuciłem.


    Teraz do Komańczy. Bez wjeżdżania do centrum skręcam na Tylawę. Z daleka widać ładnie po prawej odbudowaną cerkiew prawosławną. Robię z daleka zdjęcie. Będzie trochę jak przez mgłę ale dalej nie będzie dobrego ujęcia, zasłonią ją drzewa i stok wzgórza, na którym ją postawiono.


    Czy będzie tu jakiś sklep? Był jeden, tuż przed skrzyżowaniem do Dołżycy. Kupiłem coś na obiad-kolację. A była to bułka, kawałek kiełbasy i „Kasztelan” niepasteryzowany. Chciałem kupić „zwyczajną” ale pani sklepowa namówiła mnie na bardzo dobrą (podobno) drobiową wiejską. Różne głupstwa człowiek kupuje, następnym razem już nie dam się namówić. Za sklepem skręcam na Dołżycę. Pojechałem tam, bo Bazyl opowiedział mi o pewnej pustej i otwartej chacie, wysoko w lesie, na odludziu. Na początek miałem znaleźć drogę pod górę, zagrodzoną drutem. Objaśnienie nie było całkiem precyzyjne, bo to nie był drut, tylko potężna lina stalowa, na dodatek widoczna dopiero po wejściu spory kawałek w tę drogę. Po przejściu pod liną postawiłem rower i rozejrzałem się po okolicy. Droga tu się kończyła a dalszy teren nadawał się raczej dla piechura, któremu niestraszne bezdroża i nachylenia stoku powyżej 20%. Na pewno nie dla rowerzysty z sakwami!


    Zjechałem od liny z powrotem na asfalt ale nie rezygnowałem z odnalezienia chatki. Pojechałem w górę w górę Dołżycy, wypatrując bardziej przyjaznej drogi w kierunku chatki. Nic nie było. Zjechałem więc znów do drogi na Tylawę i pojechałem do Czystohorbu. Tu miała być 100% pewna droga do innego miejsca noclegowego. I była, tylko po chwili skończyła się w potoku. Wycofując się nieco i rozpędzając się odpowiednio, przejechałem przez potok suchą nogą (mokrym butem).


    Kolejną przeprawę też wykonałem bez szwanku. Potem droga była tak błotnista, że kolejne przejście przez potok wykonałem pieszo po dnie, bo buty i tak były już mokre, a teraz przynajmniej się wymyły. Z błotnej doliny pojechałem trawiastą drogą przez polany na Wahalowski Wierch. Droga z początku stroma, potem wypłaszczyła się, pozwalając wjechać na sam szczyt honorowo „na pedałach”.


    A z Wierchu już dzisiaj tylko w dół. Najpierw kawałek czerwonym szlakiem na północ, potem ścieżkami na wschód. Tak dotarłem do chatki w Jaworniku. Słońce świeciło mi wprost w obiektyw, muszę kiedyś zapytać dobrego fotografa, jak wtedy zdjęcie zrobić ; - )


    Na liczniku miałem dziś 33 kilometry! Życiowy rekord długości dziennego przebiegu. A może raczej krótkości. A była godzina 14! Trochę sobie pospacerowałem, potem zacząłem robić porządki w chacie. Przy tych porządkach znalazłem duży zeszyt w linie i z braku ciekawszego zajęcia zacząłem sobie coś pisać. Część notatek przepisuję właśnie tutaj, aby trochę czytelników pokatować ; - )


    W Jaworniku ognisko można palić wewnątrz budynku. No to sobie zapaliłem.


    Po mocnym podgrzaniu drobiowa z Komańczy była jadalna.


    Wieczorem przed chatą zjawił się zabłąkany turysta, którego zniosło do Jawornika z czerwonego szlaku. Tutaj nie chciał zostać, chciał koniecznie do Komańczy. Opowiedziałem mu, jak wrócić do szlaku. Chyba trafił, bo się więcej nie pokazał. Przyszła pora pozamiatać deski w miejscu pod materac i kłaść się spać.

  2. #2
    Bieszczadnik Awatar zbyszek1509
    Na forum od
    04.2007
    Rodem z
    Gostynin
    Postów
    810

    Domyślnie Odp: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

    Cytat Zamieszczone przez Wojtek Pysz Zobacz posta
    Słońce świeciło mi wprost w obiektyw, muszę kiedyś zapytać dobrego fotografa, jak wtedy zdjęcie zrobić ; - )
    Jakoś nikt nie śpieszy Wojtkowi z "podpowiedzią", to swoje 3 grosze wtrącę. Na tyle co się orientuję, to jest kilka sposobów, aby w takich warunkach wydobyć szczegóły w cieniach. Piękne zdjęcia wychodzą, nawet robione bezpośrednio pod słońce, gdy dodatkowo użyjemy lampy błyskowej, lub innych źródeł światła stosowanych przez profesjonalistów. Ale podczas wędrowania w terenie, to raczej, ten sposób nie wchodzi w rachubę. Dysponując statywem można pokusić się i zrobić w końcowym efekcie (już w domu) HDR-a. Natomiast pstrykając jedno, czy dwa zdjęcia, lepiej jest nastawić się na zachowanie szczegółów w światłach (tak jak to zrobił Wojtek), aniżeli je "wypalić". Wtedy mamy większe możliwości rozjaśnić cienie i wydobyć z nich, jakieś szczegóły. Bardzo przydatne są do tego programy Photoshop, lub szybszy dla tego przykładu ACDSeePro6. Niestety, ale obydwa są dość kosztowne. Po kilkudziesięciu sekundach, udało mi się zrobić coś takiego.

    Korekta.jpg

  3. #3
    Forumowicz Roku 2016
    Kronikarz Roku 2016
    Forumowicz Roku 2014
    Forumowicz Roku 2013
    Ekspert Roku 2012
    Awatar Wojtek Pysz
    Na forum od
    02.2008
    Rodem z
    Jarosław
    Postów
    2,497

    Domyślnie Odp: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

    Zbyszku - dziękuje za porady: jak poprawić zdjęcie i jak nie przechodzić pod płotem

  4. #4
    Forumowicz Roku 2016
    Kronikarz Roku 2016
    Forumowicz Roku 2014
    Forumowicz Roku 2013
    Ekspert Roku 2012
    Awatar Wojtek Pysz
    Na forum od
    02.2008
    Rodem z
    Jarosław
    Postów
    2,497

    Domyślnie Odp: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

    Uzupełnienie na koniec.

    W pierwszym punkcie uzupełnienia - sprostowanie podpisu do zdjęcia „Turzańsk, zima idzie”, zamieszczonego we fragmencie:
    http://forum.bieszczady.info.pl/show...l=1#post153836
    Otóż, jak słusznie zauważył jeden z czytelników, to może nie być Turzańsk I miał on rację, bo powinno być „Rzepedź, zima idzie”. A skąd wziął się w podpisie Turzańsk? Może stąd, że sobie myślałem „a może by tak do Turzańska wstąpić?” W każdym razie, przygotowania do zimy w Rzepdzi trwają.


    W okolicy Radoszyc spotkałem taką tablicę, jak poniżej. Przeczytałem uważnie wszystkie informacje, umieszczone na tej tablicy. Cytowana sentencja, którą w usta dobrego wojaka włożył Jaroslav Hašek jest niewątpliwie ciekawa, szczera i prawdziwa. I chyba warta wszystkich nakładów, jakie na jej umieszczenie zgodnie wydały (z naszych pieniędzy) liczne instytucje. Ja też szczerze napiszę, że dostrzegam u siebie objawy idiotyzmu, osobliwie od świtu do zmroku. Bo ciągle mam wątpliwości, czy były to najlepiej spożytkowane pieniądze


    Wiosek już dawno nie ma, ale tablice parę lat temu powróciły. I ilekroć tędy jadę, przystaje, żeby je sfotografować.


    W opowiadaniu o ostatnim dniu wędrówki wspomniałem o wzgórzu Dziady.
    U mnie na wsi, gdy byłem dzieckiem, popularne było powiedzenie „zszedł na dziady”. Mówiło się tak o kimś, kto stracił majątek, rozpił się, przestał dbać o wygląd i opinię. Czyli raczej nie oznaczało to nic dobrego. Idąc tego dnia na Dziady, przypomniało mi się to powiedzenie. I wahałem się, czy nie zmienić trasy;-) Nie zmieniłem jednak, bo ja nie schodziłem na dziady, tylko wchodziłem/wjeżdżałem na Dziady. A to - być może - nie jest to samo.
    A na samych Dziadach i w okolicy leżało wielkie mnóstwo skoszonego w ubiegłym roku siana, spakowanego w ogromne bele. I zastanawiałem się, dlaczego ktoś poświęcił ileś tam czasu, paliwa, kosztu eksploatacji maszyn, żeby zebrać to siano i pozostawić na polanie, gdzie niszczeje. A krowy i inne rogate pewnie chętnie by zjadły.

  5. #5
    Bieszczadnik Awatar Basia Z.
    Na forum od
    05.2007
    Rodem z
    Chorzów
    Postów
    2,771

    Domyślnie Odp: Jakżem rowerem z KIMB-u w Łupkowie wracał

    Cytat Zamieszczone przez Wojtek Pysz Zobacz posta
    W opowiadaniu o ostatnim dniu wędrówki wspomniałem o wzgórzu Dziady.
    U mnie na wsi, gdy byłem dzieckiem, popularne było powiedzenie „zszedł na dziady”. Mówiło się tak o kimś, kto stracił majątek, rozpił się, przestał dbać o wygląd i opinię. Czyli raczej nie oznaczało to nic dobrego. Idąc tego dnia na Dziady, przypomniało mi się to powiedzenie. I wahałem się, czy nie zmienić trasy;-) Nie zmieniłem jednak, bo ja nie schodziłem na dziady, tylko wchodziłem/wjeżdżałem na Dziady. A to - być może - nie jest to samo.
    A na samych Dziadach i w okolicy leżało wielkie mnóstwo skoszonego w ubiegłym roku siana, spakowanego w ogromne bele. I zastanawiałem się, dlaczego ktoś poświęcił ileś tam czasu, paliwa, kosztu eksploatacji maszyn, żeby zebrać to siano i pozostawić na polanie, gdzie niszczeje. A krowy i inne rogate pewnie chętnie by zjadły.
    Dziekuję za świetną relację. Też miałam w planie w tym roku (nieco wcześniej, na początku kwietnia) wejść na Dziady i na Żurawinkę, ale niestety nie udało się, bo lało.

    Z tym sianem to jest tak, co mi powiedziano kiedyś w Beskidzie Niskim, w Kamionce, gdzie takie bele siana też leżą, nawet kilkuletnie.

    Ktoś kupił ogromne połacie łąk, tylko po to aby dostawać dopłaty unijne. Ale Unia z satelity sprawdza czy łąki są koszone i tylko na te koszone daje dopłaty.

    No więc ktoś te łąki kosi (raczej zleca miejscowym koszenie), aby z satelity widoczne były bele skoszonego siana. Ale że one tam leżą już trzeci czy czwarty rok tego już z satelity nie widać.

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Biblioteka dla Szwejkowa w Łupkowie
    Przez komisaRz von Ryba w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 0
    Ostatni post / autor: 11-02-2014, 22:51
  2. Jakżem rowerem na KIMB do Sękowca jechał
    Przez Wojtek Pysz w dziale Relacje z Waszych wypraw w Bieszczady
    Odpowiedzi: 32
    Ostatni post / autor: 31-05-2013, 09:03
  3. Parking w Nowym Łupkowie
    Przez desorden w dziale Bieszczady praktycznie
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 17-08-2008, 21:46
  4. Na KIMB z rowerem.
    Przez Szaszka w dziale Wypoczynek aktywny w Bieszczadach
    Odpowiedzi: 1
    Ostatni post / autor: 24-03-2005, 09:06

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •