Skoro "miło się czyta" to pozwolę sobie podłączyć się pod temat. Wszak miejsce i sposób bytowania identyczny...

Dzień 1
Przyjazd o w pół do szóstej rano po 9,5h jazdy. Mokro. Czekamy aż słońce wzejdzie i osuszy trawę. Komputer pokładowy w aucie zameldował 3st.C. Na polu 3 namioty i 4 szałasy.

http://i57.tinypic.com/2iqocih.jpg

Pseudoharcerze, survivale albo inna hołota naniszczyła drzew i krzewów w promieniu 300m od pola by zbudować improwizowane chatynki.
Kawa z ruskiej zarzygałki i mogę funkcjonować. Namiot postawiony, dym jest - jestem u siebie...

http://i57.tinypic.com/f9hxlj.jpg

Krótki spacer "wokół obejścia" zaowocował spotkaniem z małym zaskronkiem - dobra okazja by zademonstrować córci cuchnący z przerażenia okaz miejscowej fauny.

http://i60.tinypic.com/2lc0kqp.jpg

Po południu szybka kontrola czy Bożenka nadal umie robić pierogi z sarniną - nic a nic nie wyszła z wprawy.
Wieczorem niesamowity pokaz w stylu "światło i dźwięk" w wykonaniu Baletu Świetlików i chóru Osława & Olchowaty.

http://i61.tinypic.com/2hz6a89.jpg

Dzień 2
Jesteśmy sami na polu. Zawór bezpieczeństwa w zarzygałce pokazał środkowy palec robiąc przy tym głośne FUK! - od tej pory do odwołania woda tylko wędzona. Pogoda nie rozpieszcza, co i rusz coś bździ z nieba. W przerwach między opadami ruszyłem kawałek w kierunku Jeziorek w nadziei na spotkanie z salamandrą. Swojego ulubionego bieszczadzkiego zwierzątka nie znalazłem (bo też nie zapuszczałem się zbyt daleko w obawie przed ulewą) ale za to spotkałem kilka jaszczurek, zaskrońce grubości kciuka i obżartego do granic wytrzymałości padalca.

http://i60.tinypic.com/1z3cihh.jpg
http://i60.tinypic.com/21dpufm.jpg
http://i59.tinypic.com/dvqyb7.jpg

Popołudniem dotarły na pole 2 "garby" z zamiarem noclegu. Ojciec z synem. Najwyraźniej tatko zapragnął pokazać potomkowi życie na szlaku. Młody jakoś niespecjalnie był zachwycony tą męską wyprawą ale dzielnie dawał radę.
Bardzo późnym popołudniem, zmierzchem właściwie, przyszły kolejne 2 "garby" z zapytaniem o jakieś źródło papu i potencjalny nocleg bo mieli dojść do Komańczy do peteteku ale się przeliczyli z nogami. Jak się z rozmowy okazało, była ich w sumie piątka i bez namiotów. Wysłałem ich do baru na regenerację sił i po jakieś info czy by leśniczy kawałka stodoły nie udostępnił ale najwyraźniej Bożenka już skończyła działalność na dziś bo wrócili patrząc łakomie w kierunku samochodu. Cóż było robić - wywiozłem całą piątkę pod Komańczańskie schronisko. Na zakończenie dnia zafundowałem sobie kiełbaskę z leszczynowego badyla - mniam.

Dzień 3
Jak powiadała pani profesor od biochemii - nie ma takiego dobrego uczynku który prędzej czy później nie zostanie przykładnie ukarany. W ramach podziękowania od losu za wczorajszą akcję z "garbami" pękła mi "ósemka". Całe szczęście w Komańczy jest kowal eeee.... znaczy dentysta. Mam dzwonić jutro w celu umówienia się na tortury. Kolejna kontrola pierogów nie wykazała odchyleń od normy. Reszta dnia upłynęła na podziwianiu powoli rozpogadzającego się nieba, podsłuchiwaniu rozmów kamieni toczonych przez Osławę i bezmyślnym gapieniu się w ogień który pracowicie chrupał polana.

Dzień....kolejny
Cudowna właściwość stacjonarnego pobytu w Bieszczadzie. Pocięty wskazówkami zegarka czas cywilizowanego człowieka stopniowo zlewa się w porę jasną i porę ciemną. Pogoda ciągle w kratkę - raz słoneczko a za chwilę mżaweczka. Pani dentystka bardzo sprawnie uszczupliła moją mądrość o zgnity element. Odpowiednia dawka lodów i nawet opuchlizna nie weszła. Oczekiwanie na ustąpienie znieczulenia upłynęło pod znakiem prac hydrotechnicznych w ramach których wspólnie z córcią i małżonką skorygowaliśmy nieco ujście Olchowatego.

http://i61.tinypic.com/35c3ix4.jpg

Na pole zawitało małżeństwo z córeczką - Młoda wniebowzięta, ma towarzystwo. Pod wieczór mała plamista osłoda od losu. W trakcie wypadu po drewno trafiłem na niewielką salamandrę.

http://i58.tinypic.com/359x26b.jpg

D.K. (Dzień Kolejny)
Wypad mobilem na Przysłup do Domu Pstrąga. Przepadam za rybami a pstrąg jest jedną z moich ulubionych i z przyjemnością stwierdzam że nadal potrafią tam przyrządzić go jak należy.

http://i59.tinypic.com/34r6dyp.jpg

W drodze powrotnej obowiązkowa wizyta na stacji kolejki - odżyły wspomnienia kiedy to po prowiant to albo z buta do Komańczy albo ciuchcią do Rzepedzi...

http://i62.tinypic.com/ojfdqq.jpg

Po powrocie z wyżerki Osława osiągnęła wreszcie temperaturę nie powodującą szczękościsku, zatrzymania oddechu i piloerekcji wszędzie gdzie się da. Gdyby tylko te krwiożercze latające bestie raczyły szukać żeru gdzie indziej....

D.K.
kolejny kulinarny wypad, tym razem Zagroda Chryszczata i jej naleśnik z jagodami. Tak, naleśnik jest jeden w porcji ale gabaryt jak dwa albo i trzy "zwykłe" a i jagód nie żałują.

http://i60.tinypic.com/2a68qat.jpg

Duchota niemiłosierna, po okolicy szwenda się burza ale nie zaszczyciła nas swoją obecnością. Łazi gdzieś za grzbietem pomrukując pod nosem. Prawdopodobnie z okazji zbliżającego się weekendu pole zaczęło się zaludniać. Przybyła para to wielbiciele OFF'a i innych środków na komary. Zaraz po postawieniu namiotu zdetonowali ekwiwalent małej hurtowni chemicznej tak że nawet ja, będący ciężko upośledzony na węchu, byłem w stanie z zamkniętymi oczami określić ich pozycję z drugiego końca pola.

D.K.
Termometr w aucie zameldował równe 30st.C więc małżonka zarządziła pranie. Szybki podział ról - żona miesi, ja wyżymam, rozwieszam i zapewniam gorącą wodę do mieszenia a dziecko radośnie się chlapie. "Twoja stara pierze w rzece" przestało być wrzutą....
Na pole melduje się coraz więcej osób - jakaś zgraja wielbicieli pojazdów terenowych zawitała wraz z rodzinami. Na moment bo dziś w Smolniku koncert w Zagrodzie Chryszczata więc "za chwilę osiemnasta" odpalili machiny i pomknęli szosą ku Komańczy - zapewne w obawie przed łapanką między brodami w stronę Mikowa. Po ich wyjeździe przydreptał samotny "garb" - rozbił się cichutko w kąciku i stopił z otoczeniem. Już po zmroku zajechała jakaś para i przy świetle czołówek rozpoczęła walkę z niesfornym igloo serwując przy tym konkretną dyskotekę...

D.K.
Jest bosko. Słońce kontynuuje przypiekanie z taką siłą że nawet gzy przystopowały z gryzieniem. Zrobiłem 2 loty - nad Osławą i nad drogą na Jeziorka. Dodatkowo nakręciłem trochę ujęć naziemnych - będzie z czego składać...
Obowiązkowe pławienie w rzece i kolejna wizyta na pierogach bo oczywiście gotować się nie chce. Do wczorajszych speców od niechcianej dyskoteki dołączyły 2 rodziny z przychówkiem. Całe szczęście rodziciele bardzo sprawnie opanowali potomstwo i obyło się bez harmidru z reguły towarzyszącemu takim najazdom. Młoda z właściwym sobie dystansem potraktowała przybyszów i dopiero wieczorem dołączyła do wspólnych harców. Niestety poza turystami obeznanymi z leśnym savoir vivre zjawiło się takżę weekendowe bydło które obrobiło krzaki dookoła szaletów, pstrząc je przy tym trójwarstwowymi listkami (bo do czego te dziwne małe domki to nie miało pojęcia) i pozostawiając resztki niedojedzonego grill'a na brzegu rzeki. Cóż - uroki weekendu.

D.K.
W nocy spać się nie dało. Duszno, wiatr wył po szczytach ale nie chciał zawitać w dolinę a burza miast przyjść, przylać jak należy i oczyścić atmosferę, szlajała się znowu po okolicy dając jeno trzeciorzędny pokaz iluminacji. Z nastaniem poranka pole ponownie zaczęło pustoszeć - pozostała ledwie jedna rodzina. Większość dnia upłynęła na słodkim nieróbstwie a potrzeby żywieniowe ponownie zaspokoiła Zagroda Chryszczata, tym razem wyśmienitym schabowym.

http://i62.tinypic.com/33nj2na.jpg

Do albumu dołączyło kilka fotek i timelapse słońca pełznącego przez dolinę Osławy. Po zapadnięciu zmroku cyknąłem jeszcze Wielki Wóz wjeżdżający na Chryszczatą i Drogę Mleczną z Łabędziem.

http://i62.tinypic.com/34ss2sp.jpg
http://i57.tinypic.com/2j32o1w.jpg

Delikatny dymek unoszący się z ust zwiastował nocny armageddon.

D.K.
Zgodnie z przewidywaniami noc dała do wiwatu pod względem temperatury. Podobnie jak w dniu przyjazdu musiało być dobrze poniżej dychy. Jak po takich nocach bywa, dzień wstał upalny, bez jednej chmureczki na niebie.

http://i60.tinypic.com/168fuo0.jpg

Czas odwiedzić Jeziorka. Aparat ze statywem na ramię i w drogę. Plecak z kopterem zostawiłem wychodząc z, jak się później okazało, błędnego założenia że i tak nie będzie skąd wystartować. Najwyraźniej tylko homo Sapiens(?) jest na tyle durny żeby w taki skwar włóczyć się po górach bo wszelka żywioła (poza kilkoma motylkami) pochowała się jak najgłębiej mogła przed lejącą się z nieba spiekotą.

http://i57.tinypic.com/333viv5.jpg

Nawet zaskrońce które z reguły przepadają za rozgrzanymi słońcem kłodami i kępami trawy stwierdziły że na pieczyste to się nie piszą.
Jeziorka niestety zdeptane do imentu. Jednak te 2-3 wozy konne dziennie z turystami chętnymi zobaczyć ów malowniczy zakątek odcisnęły widoczne piętno na bezpośregniej okolicy szmaragdowych oczu Duszatyna a relatywnie sucha aura nie ułatwia regeneracji. Drzewo z korzeniami od Wes'a Craven'a dorobiło się potomstwa a salamandry z okolicznych zbutwiałych pni zostały wyparte przez plastikowe butelki i folie po chipsach. Obfotografowałem co się dało a przy okazji znalazłem nie jedno a nawet kilka miejsc z których można by poderwać kopter więc jak niepyszny wróciłem na pole po plecak z latadłem i z powrotem na górę.

http://i61.tinypic.com/nrywj.jpg
http://i58.tinypic.com/166nnmt.jpg
http://i62.tinypic.com/2nqv9ef.jpg
http://i58.tinypic.com/33xu2wi.jpg
http://i61.tinypic.com/xe4v1h.jpg
http://i58.tinypic.com/2nw3nmx.jpg
http://i62.tinypic.com/25tgt1u.jpg
http://i62.tinypic.com/j9lb2q.jpg
http://i60.tinypic.com/15rih75.jpg

Oblatałem oba Jeziorka i koryto Olchowatego z duszą na ramieniu bo kopter co i rusz gubiąc sygnał GPS próbował żyć własnym życiem a to, biorąc pod uwagę ograniczoną przestrzeń w jakiej się poruszał, mogło szybko się zakończyć głośnym CHLUP, potokiem mięsa z ust pilota i koncem marzeń o fajnych ujęciach. W drodze powrotnej minąłem pseudoharcerzy którzy na nieszczęście zatrzymali się na noc w Duszatynie. Pseudo - bo męska część wyglądała w większości jak waginosceptyczni członkowie podrzędnego boysbandu, na żeńską spuszczę zasłonę milczenia, zastępowi odróżniali sie od reszty spodniami moro, słownictwo całej czeredy obfitowało w wyrazy z grupy K,Ch,D,P używane bez żadnej krępacji a z charcerskich "rytuałów" które pamiętam z czasów gdy ojciec prowadzili "zielonych" w Bieszczad nie zostało nic. Nia nieszczęście - bo z braku zasięgu a co za tym idzie dostępu do FB, jedyną rozrywkę stanowiła para UKFek z koszmarnie głośnym ROGERem, służących albo do przepuszczania steku wulgaryzmów z jednego końca pola na drugi albo do powtarzania w kółko eksperymentu co się stanie gdy zbliży się jedną do drugiej i włączy się nadawanie w jednej z nich.

D.K.
Ostatni przystanek na mapie kulinarnych wojaży który chciałem odwiedzić - Chata Wędrowca i ich Naleśnik Gigant (r) a na rozpęd przed naleśnikiem trochę baraniny w dwóch wariantach.Żona inny, ja inny. Uwaga na sos marokański - może zrobić dziurę w niewprawnym podniebieniu i wyjść przez potylicę. Córcia która z trudem przełknęła kilka kęsów kurczaka z pieczonymi ziemniakami, na widok naleśnika natychmiast odzyskała apetyt i nieustannie dopominała sie kolejnej porcji jagód, śmietany z miodem i racucha. Lot na Smerfa sobie odpuściłem - obżarty do nieprzytomności pilot i 31 kresek w cieniu to zdecydowanie nielotne połączenie. Może jutro....

D.K.
Tak to jest jak się odkłada na jutro rzeczy których się chciało bardzo spróbować - "jutro" okazało się niełaskawe pod względem latania bo choć słoneczko dopisuje to porywisty wiatr skutecznie zniechęca do startu piankolotem. Dodatkowo temperatura wzrosła do 33st.C i przebywanie na otwartej przestrzeni (a taka jest wskazana do postawienia bazy) grozi udarem sznurka trzymającego uszy a mała burza magnetyczna delikatnie mieszała pokładowemu GPSowi w łebku skutecznie utrudniając złapanie FIX'a. Zatem zostawiłem piankolota w spokoju i dokręciłem kopterem tylko przełom Osławy pod Duszatynem latając bez navi.
Jak nie latamy - to się pławimy. Przy tej temperaturze powietrza Osława jest cieplejsza od brodzików dla dzieci w Aquaparku więc udaliśmy się rodzinnie na Głębinkę. Mimo niskiego ogólnego stanu wody dało się tam zrobić kilka ruchów "żabką"

Dzień Ostatni
Czas się zwijać. Pogoda z rana troszkę postraszyła ale koniec końców elegancko wysuszyła namiot więc pakowanie przebiegło sprawnie i bez problemów. Na tyle sprawnie że już w połowie dnia (zamiast na wieczór) mobil był załadowany. Nie chcąc siedzieć bez sensu wyruszyliśmy wcześniej niż planowaliśmy co koniec końców wyszło nam na dobre bo pozwoliło dotrzeć do domu kawałek po północy a co za tym idzie porządnie odespać bez zbytniego zarywania kolejnego dnia.

Teraz siedzę i kombinuję jak tam możliwie szybko wrócić....