Basiu, tak to jest, że jedni są nastawieni na zdobywanie i dotarcie do celu, dla mnie zazwyczaj nie liczył się w górach cel a wędrówka sama w sobie (cel był środkiem). I ta właśnie wędrówka składa się z różnych elementów opartych przede wszystkim na adrenalinie, dreszczyku emocji (stąd chodzenie po lesie w pojedynkę, chodzenie czasem późnymi porami, niestandardowymi ścieżkami, namiot), bo potrzebuję sobie czasem taką adrenalinkę zaaplikować. Myślę, że gdybym chodziła z gps, to czułabym niedosyt. Czasem tylko jednak moim gps-em jest "telefon do przyjaciela", który jest półśrodkiem między samodzielną nawigacją a gps ;p Czyli telefon w stylu "cześć Browar, jest tu ten cmentarzyk do cholery, czy go nie ma", lub teraz do Tomka Pablo "czy Baranie ma wieżę konstrukcji szkieletowej?" (to raczej wynikało z tego, że kompas mi nawalił). I to mi zdecydowanie wystarcza. Ale każdy ma swoje potrzeby. Jeden lubi, gdy się zgubi wyciągnąć nawigację i iść według schematu i bardzo dobrze -ja wychodzę z założenia, że w tych naszych górkach nie da się na tyle zgubić, żeby umrzeć z tego powodu ;p (o ile nie ma zimy). A że noszę namiot, to mam komfort psychiczny -jak w tej relacji właśnie i wcale nie muszę się śpieszyć by za dnia gdzieś trafić. Zaletą gpsów jest przede wszystkim to, że zawsze znajdziesz to, czego szukasz (np. ruin, krzyży) ale z drugiej strony dalej mogę być konsekwentna mówiąc, że dla mnie większą frajdę sprawia szukanie czegoś (samodzielnie odkrywanie) niż faktyczne znalezienie.
czyli w skrócie - ahoj przygodo!![]()


Odpowiedz z cytatem