Pokaż wyniki od 1 do 10 z 16

Wątek: Czarnohora 2014

Mieszany widok

  1. #1
    Forumowicz Roku 2015
    Debiutant Roku 2013
    Awatar Jimi
    Na forum od
    03.2010
    Rodem z
    Rzesza
    Postów
    1,439

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    >>Aż przyszedł rok 2014 ... i czyżby, jak napisał p. Kuba Węgrzyn "zamarł duch w narodzie?"??? <<

    -
    Na forum pewnie tak. Za to ja 4 dni temu wróciłam z Ukraińskich Karpat Wschodnich i już wyjeżdżając z Polski wiedziałam, że zarażę się tą przypadłością, wszak o Ukraińskich górach marzyłam od lat -teraz tylko knuję plany jak wrócić doń szybko.

    "Postanowiliśmy więc sprawdzić, jak TAM jest i co ciekawego słychać w ukraińskich Karpatach.... Wybór padł na Czarnohorę"

    - Więc cieszę się podwójnie czytając tę relację, bowiem następne moje marzenie to Świdowiec oraz Czarnohora.

    " umilam sobie ten czas spoglądając na wielki złoty krzyżyk zwisający na złotym łańcuszku spoczywającym w głębokim dekolcie siedzącej przede mną młodej pasażerki"

    - więc tak to się jeszcze dziś mówi? :)
    a pewnie w marszrutce telepało niemało i ten krzyżyk tak podskakiwał.. :)

    " okazuje się, że akurat teraz w Czarnohorze mają swój zlot członkowie Towarzystwa Karpackiego"

    -a to ci dopiero! :)

  2. #2
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    Cytat Zamieszczone przez Jimi Zobacz posta
    Za to ja 4 dni temu wróciłam z Ukraińskich Karpat Wschodnich i już wyjeżdżając z Polski wiedziałam, że zarażę się tą przypadłością, wszak o Ukraińskich górach marzyłam od lat -teraz tylko knuję plany jak wrócić doń szybko.
    Czekamy zatem na Twoją relację...
    Cytat Zamieszczone przez Jimi Zobacz posta
    więc tak to się jeszcze dziś mówi? :) a pewnie w marszrutce telepało niemało i ten krzyżyk tak podskakiwał.. :)
    Krzyżyk trzymał się dobrze dzięki łańcuszkowi pewnie i głęboko schowanemu w dekolcie... . Całość konstrukcji, jakkolwiek dosyć pękata, była stabilizowana po bokach obcisłą bluzeczką...

  3. #3
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    Czwartek 19.06
    Wstajemy około 7, wyruszamy około 9. Dzień zapowiada się pięknie. Tak jak napisałem wcześniej, naszym celem na dziś jest Stoh. Co prawda najłatwiejsza droga z Szybenego prowadzi traktem Mackensena, ale raz, że jest to trasa już znana i opisywana, dwa - że istnieje realne zagrożenie kolejnego zatrzymana i spisywania przez pograniczników w strażnicy na Rohach, trzy - nocowaliśmy w Pohorylcu, więc najkrótsza i najprostsza droga stąd prowadzi doliną Szybenego i przez Połoninę Regieską. Wędrujemy więc w górę potoku Szybeny, mijając po drodze resztki Klauzy:SDC11805.jpg

    przekraczamy potok Gropieniec:
    SDC11808.jpg


    i dochodzimy do miejsca, oznaczonego na mapie Krukara jako Banhof. Na rozległej polanie stoi tu kilka opuszczonych budynków, pod jednym z nich urządzamy naradę sytuacyjną:
    SDC11820.jpg


    Stąd, tuż za mostkiem na potoku Szybeny skręcamy na lewo i idąc ostro pod górę wspinamy się na Połoninę Regieską. W połowie szlaku spotykamy schodzących z góry ukraińskich pograniczników, którzy po obejrzeniu naszego pisma-zgłoszenia puszczają nas bez problemu dalej.

    Wkrótce osiągamy grzbiet Połoniny Regieskiej, gdzie urządzamy sobie przerwę i podziwiamy widoki, na Pop Iwana:
    SDC11828.jpg


    i na resztę czarnohorskiego grzbietu:
    SDC11831.jpg


    Kiedy ruszamy dalej w stronę grzbietu granicznego naszym oczom ukazuje się położony już w głębi terytorium rumuńskiego Farcaul w górach Marmaroskich, a z prawej Stoh:
    SDC11838.jpg

    Grzbiet graniczny osiągamy niedługo potem i wzdłuż sistiemy wędrujemy w stronę Stoha:
    SDC11843.jpg
    Wierzchołek Stoha jest znany z tego, że przed wojna zbiegały się na nim granice Polski, Czechosłowacji i Rumunii. Nie ryzykujemy jednak przekraczania sistiemy i na sam szczyt nie wchodzimy, urządzamy sobie za to przerwę "śniadaniową' u podnóża tej słynnej góry:
    SDC11849.jpg
    Po uzupełnieniu wody w źródełku nasza dalsza trasa prowadzi dawnym grzbietem granicznym na północ, w kierunku głównej grani Czarnohory. Z połoniny Raduł pięknie prezentuje się Pop Iwan:
    SDC11853.jpg
    , a zza zakrętu drogi znów wyłania się reszta czarnohorskiego pasma:

    SDC11855.jpg
    Nowością dla nas , w stosunku do posiadanych map i wiedzy jest fakt, że trasa ze Stoha na główny grzbiet Czarnohory została ostatnio przemalowana na kolor czerwony (wobec wcześniejszego żółtego), postawiono w strategicznych miejscach nowe znakowskazy; odległości na nich podane są zapewne prawidłowo, ale czasy przejścia dostosowano chyba do odległości na nizinach (o obciążeniu już nie wspominając).

  4. #4
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    Po drodze, na kolejnych mijanych połoninach wypasają się stada krów, koni i owiec. Jedna z krówek zaprzyjaźniła się z Markiem:
    SDC11858.jpg
    Zapasy wody uzupełniamy ponownie na Połoninie Szczawnik:
    SDC11866.jpg
    Dalej ruszamy nie głównym grzbietem, lecz biegnącym równolegle po stronie wschodniej trawersem. Około kilometra za Połoniną Szczawnik napotykamy na spore źródełko zaopatrzone dodatkowo w korytko-poidło dla zwierząt:
    SDC11872.jpg
    Kawałek nad położonym w lesie źródełkiem zaczyna się kolejna połonina z pięknym widokiem na Pop Iwana:

    SDC11890.jpg
    Postanawiamy więc tu właśnie rozbić się na noc. Wieczór jest cichy i piękny, długo nie kładziemy się spać ucztując i popijając horiłkę w "salonie", jak to nazwała Ala, pod rozłożystym świerkiem:
    SDC11874.jpg
    Następnego dnia (20.06) poranek jest ciepły i słoneczny. Wkrótce po naszym przebudzeniu na połoninę nadciągają krówki,
    jedna z nich chętnie daje się głaskać Markowi:
    SDC11888.jpg
    Około 9.30 ruszamy trawersując połoninę w kierunku grzbietu i naszego szlaku. Po osiągnięciu przełęczy Szybeńskiej ścieżka stromo wspina się w kierunku Pop Iwana. Wkrótce osiągamy Waskul (1730 m npm) gdzie pogoda psuje się i zaczyna padać, najpierw deszcz, który po chwili przechodzi w grad. Opad wkrótce ustaje, za to pojawiają się groźne pomruki zwiastujące nadciągająca burzę. Postanawiamy więc przeczekać w kosówce:
    SDC11905.jpg
    Wkrótce mija nas schodząca z Popa dwójka turystów. Kiedy zagaduję, skąd są, dziewczyna odpowiada, że z Francji. Mówi jednak po rosyjsku, nie podtrzymuje konwersacji i dość szybko oddala się wraz ze swoim współwędrowcem. Po chwili zastanowienia dochodzimy do wniosku, że para przybyła prawdopodobnie ze wschodniej Ukrainy i profilaktycznie woli się nie afiszować ze swoim pochodzeniem...


    Czekamy dobrą godzinę, aż grzmoty przestaną dochodzić i mozolnie wspinamy się na szczyt Popa:
    SDC11915.jpg

    Na wierzchołku wieje i jest zimno, chronimy się więc w zdewastowanym budynku obserwatorium i robimy sobie gorącą herbatę. W międzyczasie zaczyna padać - postanawiamy czekać. Tymczasem rozpadało się na dobre i trzeba podjąć jakąś decyzję. Dochodzi godzina 15, naradzamy się więc, czy rozbijamy się "na kwadracie" czyli w ruinach przedwojennego schroniska AZS pod Smotrecem około godzinki drogi od Popa, czy może schodzimy na dół do Chatki u Kuby, czy też kontynuujemy marsz w deszczu. Ostatecznie zwycięża trzecia opcja - dzień jest długi, więc lepiej wędrować, niż rozbijać się i marznąć w namiocie.

    Schodzimy więc z Popa:
    SDC11916.jpg
    Wkrótce zawilgocony aparat fotograficzny odmawia posłuszeństwa, tak więc więcej zdjęć z tego dnia, jak i z biwaku nie będzie.

    Początkowo intensywnie pada, kiedy przestaje, z dolin zaczyna się błyskawicznie podnosić inne zagrożenie - mgła. Na szczęście wiatr jest dość mocny i przegania te coraz to nowe chmurzydła. Końcówka dnia jest jednak posępna i monotonię wędrówki umilają tylko piękne widoki na olbrzymie pola różaneczników pokrywających o tej porze roku grzbiet Czarnohory ( na zdjęciu uchwycone jeszcze przed awarią aparatu):
    SDC11917.jpg
    Na nocleg postanawiamy zejść nad jezioro pod Gutin Tomnatykiem. Docieramy tam przemoczeni około 19.30 i podczas krótkiej przerwy w deszczu błyskawicznie rozbijamy namioty. Jarek gotuje jeszcze kolację, a ja przebieram się w suche rzeczy i już do rana nie wychylam głowy z namiotu...

  5. #5
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    Sobota 21.06
    Tego dnia wstajemy później niż zwykle. Pierwsza przymiarka do opuszczenia namiotu kończy się zresztą niepowodzeniem - na zewnątrz jest mgliście, wilgotno i ponuro. Trzeba się jednak w końcu przemóc i wyjść z namiotu.
    Nad jeziorkiem jesteśmy sami. Obok naszego miejsca biwakowego stoi niedawno postawiony znakowskaz, postanawiamy go więc wykorzystać do suszenia mokrych rzeczy, do czego (tym bardziej, że wzmaga się wiatr) jak się okazuje nadaje się doskonale.

    Niespiesznie przyrządzamy sobie śniadanie, czekając, aż mokre rzeczy możliwie jak najbardziej doschną.

    Na szczęście zaczyna poprawiać się pogoda - wiatr rozgania chmury, pojawiają się przebłyski błękitnego nieba; pokazuje się nawet sam szczyt Gutin Tomnatyka.
    Ruszamy około godziny 11 stromą ścieżką wyprowadzającą nas z dna kotła na grań. Na grani wieje czasami dosyć mocno, ale przynajmniej nie pada. Mijamy więc kolejne szczyty kierując się w stronę Howerli, podziwiając po drodze Jeziorko Niesamowite, Małe i Wielkie Kozły i dookolną, coraz lepszą panoramę. Na szczycie Breskuła zaczyna nagle działać aparat: SDC11928.jpg

    Pogoda poprawia się na tyle, że raz po raz wyłania się zza chmur nasz dzisiejszy cel główny: Howerla:
    SDC11930.jpg


    W oddali majaczą nawet podświetlone na biało przez słońce odległe skaliste wierzchołki Gorganów. Wydaje się, że jeszcze tylko jedna chmura musi opuścić wierzchołek Howerli i będzie dobrze...

    Na Breskule Marek dostaje sms-a pogodowego od syna; po godzinie 18 do wieczora ładna pogoda!
    Uspokojeni i podbudowani tym sms-m ruszamy na ostateczne podejście Howerli. Tymczasem "ostatnia chmura" jakoś nie chce opuścić wierzchołka - zagłębiamy się w coraz to gęstszą mgłę. Marek jako pierwszy dociera na szczyt i ma sporo czasu na wykonanie zdjęć pozostałych szturmujących wierzchołek osób; druga jest Ala:
    SDC11945.jpg

    potem ja:
    SDC11952.jpg

    Na chwilę robi się "okienko widocznościowe" w kierunku północnym - od Jasini po Kostrzycę. Na dole pięknie prezentuje się turbaza na Zaroślaku.
    Na samym wierzchołku jest trochę osób; m in. zwyczajni w tym miejscu "chłopcy-banderowcy" z czerwono-czarną flagą, ale tez sporo"zwykłych" turystów.
    Robimy sobie pamiątkowe fotografie:
    SDC11954.jpgSDC11958.jpg
    gdy nagle zaczyna padać, najpierw grad, potem deszcz. Schodzimy więc pospiesznie ze szczytu, uspokojeni wcześniejszymi prognozami uznając te opady za przelotne. Tymczasem im schodzimy niżej, tym bardziej pada. Po kilku minutach jesteśmy już całkowicie przemoknięci tym bardziej, że nie założyliśmy (oprócz Jarka) peleryn przeciwdeszczowych. Około półtorej godziny schodzimy na Peremyczkę - mieści się tu, obok budki strażników parkowych także spore schronisko turystyczne. Na dole jest obszerna jadalnia:
    SDC11959.jpgSDC11960.jpg
    , a na piętrze podwójne drewniane "boksy" noclegowe mogące pomieścić sporą grupę turystów. Upału nie ma, ale jest za to sucho. Porzucamy więc wcześniejszy nasz plan rozbicia przy schronisku namiotów i decydujemy się zostać na noc w budynku. Po chwili od naszego przybycia przychodzi młody strażnik parkowy i inkasuje po 15 hrywien od osoby za nocleg.

    W chatce strażników "karpackiego rezerwatu biosfery" jest koza - można więc zostawić tam do wysuszenia mokre buty (na co decyduję się z Jarkiem) i ogrzać się:
    SDC11989.jpg
    Wkrótce przestaje padać i z okien naszego schroniska pokazuje się piękny widok na położony na południe od nas ukraińsko - rumuński grzbiet graniczny z najwyższym Pop Iwanem Marmaroskim i wyglądającym zza niego Farcaulem. Jemy kolację. Humory dopisują - jutro zapewne pogoda murowana!
    Kładziemy się spać późno wieczorem.

  6. #6
    Bieszczadnik
    Na forum od
    03.2011
    Rodem z
    Wrocław
    Postów
    231

    Domyślnie Odp: Czarnohora 2014

    W nocy słyszę kilkakrotnie dzwoniący o blaszany dach naszego budynku deszcz.
    Kiedy wstajemy rano, za oknami jest gęsta mgła. Nic to! - pocieszamy się - jest czerwiec i na pewno słońce zaraz ją rozgoni!
    Podczas śniadania jakby zaczyna się przejaśniać, jakieś przebłyski słońca gdy nagle...wzmaga się wiatr i zaczyna lać "jak z cebra". Tego już za wiele - na to nie byliśmy przygotowani. Czekamy więc w posępnych humorach aż przestanie padać. Kiedy deszcz trochę się zmniejsza idę zagadnąć parkowego o pogodę na dziś: - "nawierno budiet padać" - słyszę w odpowiedzi. Okazuje się jednak, iż jeden ze strażników parkowych zjeżdża dziś swoim gazikiem w doliny do miejscowości Bogdan. W desperacji pytam, czy możemy się z nim zabrać. - "Oczywiście" - odpowiada. -"Kiedy?" - pytam. - "W obiad" - pada odpowiedź.
    Z braku lepszego zajęcia czekamy więc na nasz transport - podjadamy co nieco, czytamy tablice informacyjne pięknie porozwieszane w jadalni naszego schroniska, pijemy herbatkę.
    Mój pierwotny plan zakładał przejście połoninami trawersem Pietrosa i zejście do Kwasów - ponieważ jednak nie dość, że nic nie widać, to jeszcze leje, odpuszczamy sobie ten plan bez żalu.
    Ok. godziny 12 przychodzi po nas strażnik - "pakujcie się!"
    W pośpiechu dopakowujemy plecaki i zajmujemy wskazane przez parkowego miejsca w jego "limuzynie".
    Ruszamy serpentynami w dół droga w stronę Łuhów. Początkowo próbuję trochę rozmawiać z kierowcą, ale za chwilę milknę - deszcz leje, a w naszym gaziku nie działają wycieraczki. Kierowca przeciera więc co chwilę szybę ręką albo czapką, cały czas nie wypuszczając kierownicy z drugiej ręki. Po prawej stronie mamy przepaść, a nasz wehikuł co chwilę wychyla się niebezpiecznie w jej stronę na nierównościach rozmokniętej drogi. Staram się wtedy intuicyjnie, jak na łódce, balansować ciałem w kierunku przeciwnym do sił grawitacji...
    Uspokajamy się nieco dopiero po osiągnięciu dna doliny... . Robimy nawet kilka fotek:
    SDC11993.jpg(czyżby druga Austria??? )

    Kierowca wysadza nas pod sklepem w Łuhach i dogadujemy się co do ceny za ten przejazd z wrażeniami. Początkowo żąda 300 hrywien, targujemy jednak do "50 z cziełowieka", czyli 200. Trochę to wyniosło, ale wszyscy jesteśmy zadowoleni, że najgorsze mamy już za sobą...
    W sklepie potwierdzają, że za godzinę ma być autobus do Rachowa, zakupujemy więc po lanym piwie i delektujemy się sielskimi widokami, rozprawiając o przeżytych w górach wspólnych chwilach.
    SDC11995.jpgSDC11997.jpg
    (ten autobusik na zdjęciu to nie nasz - ten miał - parafrazując jeden ze skeczów kabaretu "Tey" - "tylko trzy koła dobre" .)
    Za pięć druga podjeżdża nasz autobus (to tak na przyszłość, gdyby ktoś pytał o godziny odjazdów z Łuhów - kursuje także w niedziele).
    Około godziny jedziemy do Rachowa, Marek robi po drodze liczne zdjęcia, m in. tego samochodu, który właśnie przejechał po drewnianym mostku linowym:
    SDC12019.jpg
    W Rachowie jesteśmy po 15 - mamy sporo czasu, nasz pociąg odjeżdża dopiero 30 minut po północy, idziemy więc coś zjeść. Nad brzegiem Cisy znajdujemy przyjemną knajpkę "na otwartym powietrzu". Siadamy więc i jemy do syta:
    SDC12063.jpg
    Snujemy się też trochę na zmianę po miasteczku, robimy zakupy spożywczo - "płynne"...
    Po 11 wieczorem opuszczamy nasza knajpkę i idziemy na nieodległy dworzec. Poczekalnia jest schludna i czeka tu już sporo osób. Na przeciwko nas usiadł młody brodaty mężczyzna o aparycji mnicha. Jego opowieści o tym , jak życie rzucało go w różne strony Ukrainy wysłuchują z zainteresowaniem dwie, nie tak znowu stare panie w chustach. Postanawiam skorzystać z toalety - niestety okazuje się być zamkniętą, wracam więc na miejsce. Nagle z sąsiedniego rzędu krzeseł rusza do kasy młody mężczyzna i tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmia kasjerce: - "co to - Pany z Polski prijechały, a Wy toalety nie chcecie otworzyć? Dawajcie klucz!" - i tym sposobem dane mi było jednak skorzystać ze świeżo wyremontowanego przybytku .
    Im bliżej godziny odjazdu, tym bardziej poczekalnia zaczyna zapełniać się pasażerami. O dziwo pociąg (co do tej pory nigdy mi się na Ukrainie nie zdarzyło) podjeżdża z opóźnieniem - rusza jednak punktualnie o w pół do pierwszej w nocy. Zajmujemy miejsca w naszym czteroosobowym przedziale "kupiejnym' zakładamy pościel i kładziemy się spać.
    Pół godziny przed stacją końcową we Lwowie jesteśmy budzeni - pijemy jeszcze tylko przysługującą nam herbatę i jesteśmy gotowi do opuszczenia pociągu.
    Ponieważ mamy na dziś zarezerwowane bilety na autobus Rzeszów - Wrocław dopiero na godzinę 18 naszego czasu, a jest dopiero 8.10 czasu ukraińskiego, postanawiamy ruszyć na miasto .Plecaki zostawiamy w przechowalni i idziemy do autobusu miejskiego. Cena biletów podskoczyła nieznacznie od zeszłego roku i obecnie wynosi 3 hrywny, jednak wobec dewaluacji ukraińskiej waluty w praktyce nie zmieniła się.
    Wysiadamy przy operze i ruszamy na poszukiwanie poczty - Jarek chce koniecznie wysłać kartki do Polski:
    SDC12087.jpg
    Z poczty idziemy na krótki obchód starego miasta, po czym udajemy sie oczywiście na targ staroci i rękodzieła na tyłach teatru skarbkowskiego. Nowością w stosunku do lat poprzednich są tu do nabycia np. papiery toaletowe z wizerunkami Janukowycza i Putina...
    Z targu ruszamy jeszcze na plac Krakowski, gdzie jemy czebureki:
    SDC12091.jpg
    i tramwajem linii 6 (tu cena biletu to 2 hrywny) wracamy na dworzec.

    Do Szegini odjeżdżamy marszrutką o godz. 12. Na miejscu jesteśmy ok. 14 czasu ukraińskiego, jeszcze tylko Jarek szuka skrzynki na listy, a my delektujemy się pierożkami z budki, po czym ruszamy na granicę. Przy ukraińskiej odprawie jest krótka kolejka, więc trochę czekamy. W polskim budynku granicznym nasz celnik rzuca do mnie chyba retoryczne pytanie: -"tego plecaka to chyba nie da się skontrolować?" na co odpowiadam, że "jak pan chce". - A co tam jest?" - "Głównie brudne rzeczy". - "Tak myślałem" odpowiada celnik i każe przechodzić dalej...
    Po polskiej stronie czeka już przepełniony buski do Przemyśla, do którego udaje nam się wcisnąć. W Przemyślu zdążamy "na styk' na pociąg osobowy do Rzeszowa o 14.33 - na miejscu jesteśmy 15 minut po czwartej. Idziemy więc jeszcze na porządny obiad, po czym o 18 odjeżdżamy autobusem do Wrocławia, do którego to docieramy pół godziny po północy, we wtorek 24.06, gdzie kończymy naszą włóczęgę...
    Chociaż już raz to napisałem w jednym z komentarzy - jeżeli ktoś się waha, to mogę mu z całego serca polecić jednak tegoroczny wyjazd w ukraińskie Karpaty - tam nic się od zeszłego roku nie zmieniło, a jeżeli już, to raczej dla nas - turystów z Polski - na dobre. W każdym razie nie jest tam na pewno mniej bezpiecznie, niż w zeszłych latach. Odgłosów odległego konfliktu nie słychać, natomiast możemy być raczej pewni, że w tym roku (oczywiście poza Czarnohorą) będziemy w naszych ukochanych górach sami, jaki ich pierwsi turystyczni odkrywcy, którzy w XIX wieku pokonywali dzikie lasy i połoniny karpackie...
    Ostatnio edytowane przez luki_ ; 28-06-2014 o 14:18

Informacje o wątku

Użytkownicy przeglądający ten wątek

Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)

Podobne wątki

  1. Powsimordy 2014 - głosowanie
    Przez Marcowy w dziale Spotkania i sprawy forumowe
    Odpowiedzi: 119
    Ostatni post / autor: 22-05-2014, 15:02
  2. Izery w marcu 2014
    Przez T.P. w dziale Turystyka nie-bieszczadzka
    Odpowiedzi: 2
    Ostatni post / autor: 20-03-2014, 17:28
  3. Yapa 2014
    Przez WUKA w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 0
    Ostatni post / autor: 14-03-2014, 21:42
  4. Walentynki 2014
    Przez creamcheese w dziale Oftopik
    Odpowiedzi: 4
    Ostatni post / autor: 14-02-2014, 20:28
  5. Powsimordy 2014 - przygotowania
    Przez Marcowy w dziale Spotkania i sprawy forumowe
    Odpowiedzi: 44
    Ostatni post / autor: 28-12-2013, 12:56

Uprawnienia umieszczania postów

  • Nie możesz zakładać nowych tematów
  • Nie możesz pisać wiadomości
  • Nie możesz dodawać załączników
  • Nie możesz edytować swoich postów
  •