W nocy słyszę kilkakrotnie dzwoniący o blaszany dach naszego budynku deszcz.
Kiedy wstajemy rano, za oknami jest gęsta mgła. Nic to! - pocieszamy się - jest czerwiec i na pewno słońce zaraz ją rozgoni!
Podczas śniadania jakby zaczyna się przejaśniać, jakieś przebłyski słońca gdy nagle...wzmaga się wiatr i zaczyna lać "jak z cebra". Tego już za wiele - na to nie byliśmy przygotowani. Czekamy więc w posępnych humorach aż przestanie padać. Kiedy deszcz trochę się zmniejsza idę zagadnąć parkowego o pogodę na dziś: - "nawierno budiet padać" - słyszę w odpowiedzi. Okazuje się jednak, iż jeden ze strażników parkowych zjeżdża dziś swoim gazikiem w doliny do miejscowości Bogdan. W desperacji pytam, czy możemy się z nim zabrać. - "Oczywiście" - odpowiada. -"Kiedy?" - pytam. - "W obiad" - pada odpowiedź.
Z braku lepszego zajęcia czekamy więc na nasz transport - podjadamy co nieco, czytamy tablice informacyjne pięknie porozwieszane w jadalni naszego schroniska, pijemy herbatkę.
Mój pierwotny plan zakładał przejście połoninami trawersem Pietrosa i zejście do Kwasów - ponieważ jednak nie dość, że nic nie widać, to jeszcze leje, odpuszczamy sobie ten plan bez żalu.
Ok. godziny 12 przychodzi po nas strażnik - "pakujcie się!"
W pośpiechu dopakowujemy plecaki i zajmujemy wskazane przez parkowego miejsca w jego "limuzynie".
Ruszamy serpentynami w dół droga w stronę Łuhów. Początkowo próbuję trochę rozmawiać z kierowcą, ale za chwilę milknę - deszcz leje, a w naszym gaziku nie działają wycieraczki. Kierowca przeciera więc co chwilę szybę ręką albo czapką, cały czas nie wypuszczając kierownicy z drugiej ręki. Po prawej stronie mamy przepaść, a nasz wehikuł co chwilę wychyla się niebezpiecznie w jej stronę na nierównościach rozmokniętej drogi. Staram się wtedy intuicyjnie, jak na łódce, balansować ciałem w kierunku przeciwnym do sił grawitacji...
Uspokajamy się nieco dopiero po osiągnięciu dna doliny... . Robimy nawet kilka fotek:
SDC11993.jpg(czyżby druga Austria???)
Kierowca wysadza nas pod sklepem w Łuhach i dogadujemy się co do ceny za ten przejazd z wrażeniami. Początkowo żąda 300 hrywien, targujemy jednak do "50 z cziełowieka", czyli 200. Trochę to wyniosło, ale wszyscy jesteśmy zadowoleni, że najgorsze mamy już za sobą...
W sklepie potwierdzają, że za godzinę ma być autobus do Rachowa, zakupujemy więc po lanym piwie i delektujemy się sielskimi widokami, rozprawiając o przeżytych w górach wspólnych chwilach.
SDC11995.jpgSDC11997.jpg
(ten autobusik na zdjęciu to nie nasz - ten miał - parafrazując jeden ze skeczów kabaretu "Tey" - "tylko trzy koła dobre".)
Za pięć druga podjeżdża nasz autobus (to tak na przyszłość, gdyby ktoś pytał o godziny odjazdów z Łuhów - kursuje także w niedziele).
Około godziny jedziemy do Rachowa, Marek robi po drodze liczne zdjęcia, m in. tego samochodu, który właśnie przejechał po drewnianym mostku linowym:
SDC12019.jpg
W Rachowie jesteśmy po 15 - mamy sporo czasu, nasz pociąg odjeżdża dopiero 30 minut po północy, idziemy więc coś zjeść. Nad brzegiem Cisy znajdujemy przyjemną knajpkę "na otwartym powietrzu". Siadamy więc i jemy do syta:
SDC12063.jpg
Snujemy się też trochę na zmianę po miasteczku, robimy zakupy spożywczo - "płynne"...
Po 11 wieczorem opuszczamy nasza knajpkę i idziemy na nieodległy dworzec. Poczekalnia jest schludna i czeka tu już sporo osób. Na przeciwko nas usiadł młody brodaty mężczyzna o aparycji mnicha. Jego opowieści o tym , jak życie rzucało go w różne strony Ukrainy wysłuchują z zainteresowaniem dwie, nie tak znowu stare panie w chustach. Postanawiam skorzystać z toalety - niestety okazuje się być zamkniętą, wracam więc na miejsce. Nagle z sąsiedniego rzędu krzeseł rusza do kasy młody mężczyzna i tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmia kasjerce: - "co to - Pany z Polski prijechały, a Wy toalety nie chcecie otworzyć? Dawajcie klucz!" - i tym sposobem dane mi było jednak skorzystać ze świeżo wyremontowanego przybytku.
Im bliżej godziny odjazdu, tym bardziej poczekalnia zaczyna zapełniać się pasażerami. O dziwo pociąg (co do tej pory nigdy mi się na Ukrainie nie zdarzyło) podjeżdża z opóźnieniem - rusza jednak punktualnie o w pół do pierwszej w nocy. Zajmujemy miejsca w naszym czteroosobowym przedziale "kupiejnym' zakładamy pościel i kładziemy się spać.
Pół godziny przed stacją końcową we Lwowie jesteśmy budzeni - pijemy jeszcze tylko przysługującą nam herbatę i jesteśmy gotowi do opuszczenia pociągu.
Ponieważ mamy na dziś zarezerwowane bilety na autobus Rzeszów - Wrocław dopiero na godzinę 18 naszego czasu, a jest dopiero 8.10 czasu ukraińskiego, postanawiamy ruszyć na miasto .Plecaki zostawiamy w przechowalni i idziemy do autobusu miejskiego. Cena biletów podskoczyła nieznacznie od zeszłego roku i obecnie wynosi 3 hrywny, jednak wobec dewaluacji ukraińskiej waluty w praktyce nie zmieniła się.
Wysiadamy przy operze i ruszamy na poszukiwanie poczty - Jarek chce koniecznie wysłać kartki do Polski:
SDC12087.jpg
Z poczty idziemy na krótki obchód starego miasta, po czym udajemy sie oczywiście na targ staroci i rękodzieła na tyłach teatru skarbkowskiego. Nowością w stosunku do lat poprzednich są tu do nabycia np. papiery toaletowe z wizerunkami Janukowycza i Putina...
Z targu ruszamy jeszcze na plac Krakowski, gdzie jemy czebureki:
SDC12091.jpg
i tramwajem linii 6 (tu cena biletu to 2 hrywny) wracamy na dworzec.
Do Szegini odjeżdżamy marszrutką o godz. 12. Na miejscu jesteśmy ok. 14 czasu ukraińskiego, jeszcze tylko Jarek szuka skrzynki na listy, a my delektujemy się pierożkami z budki, po czym ruszamy na granicę. Przy ukraińskiej odprawie jest krótka kolejka, więc trochę czekamy. W polskim budynku granicznym nasz celnik rzuca do mnie chyba retoryczne pytanie: -"tego plecaka to chyba nie da się skontrolować?" na co odpowiadam, że "jak pan chce". - A co tam jest?" - "Głównie brudne rzeczy". - "Tak myślałem" odpowiada celnik i każe przechodzić dalej...
Po polskiej stronie czeka już przepełniony buski do Przemyśla, do którego udaje nam się wcisnąć. W Przemyślu zdążamy "na styk' na pociąg osobowy do Rzeszowa o 14.33 - na miejscu jesteśmy 15 minut po czwartej. Idziemy więc jeszcze na porządny obiad, po czym o 18 odjeżdżamy autobusem do Wrocławia, do którego to docieramy pół godziny po północy, we wtorek 24.06, gdzie kończymy naszą włóczęgę...
Chociaż już raz to napisałem w jednym z komentarzy - jeżeli ktoś się waha, to mogę mu z całego serca polecić jednak tegoroczny wyjazd w ukraińskie Karpaty - tam nic się od zeszłego roku nie zmieniło, a jeżeli już, to raczej dla nas - turystów z Polski - na dobre. W każdym razie nie jest tam na pewno mniej bezpiecznie, niż w zeszłych latach. Odgłosów odległego konfliktu nie słychać, natomiast możemy być raczej pewni, że w tym roku (oczywiście poza Czarnohorą) będziemy w naszych ukochanych górach sami, jaki ich pierwsi turystyczni odkrywcy, którzy w XIX wieku pokonywali dzikie lasy i połoniny karpackie...


Odpowiedz z cytatem