Nie dziękuję. Ale doceniam
Widocznie takie ze mnie "dziecko szczęścia". Jak przyniosłem dwa na raz to po żadnym rumienia nie było, więc jest to loteria - zarażony, albo nie. Oba dostały się pod pachy via dtrzy warstwy szmat, więc cośtam zdążyłem wykumać odnośnie pozornej ochrony długimi szmatami.
Wiem, że w okolicy jest to choroba zawodowa leśników, za długo tam jeżdzę, by tego nie wiedzieć.Ale z drugiej strony ja nie pracuję z drewnem i gałęziami przez 8-10-12h 5-6 dni w tygodniu. nie siedzę po łokcie w sadzonkach, nie talerzuję lasu. Nie mam nawet 10% szans podzielić losu leśnika. WMSOpinii. Kleszcza to i od własnego psa można zaliczyć.
Co do przynoszenia sobie ulgi na łonie natury.
Faktycznie: gdy się wypnę na kaku to kleszcze same wskakują - hop! Ale jest na to sposób. Nie trzeba s*ć w trawie czy zaroślach, bo wiadomo, że kleszcz czyha w wysokiej trawie, na liściach, nisko lub względnie nisko. Kleszcza się przynosi od siadania i kładzenie ekwipunku na ziemi, na sciętych pniakach, powalonych drzewach...
Równie dobrze i równie prawdopodobnie mogę zostać kaleką w drodze w Biesy, gdy mi z podporządkowanej jakiś "kowboj" wymusi z nienacycka. Znienacka znaczy... Mam nadzieję, że nie zostanę kaleką i że za tydzień szczęśliwie dojadę na miejsce by połapać kleszczy, muszek i suchych liści za kołnierz. Słowem - jak co roku - by utyrać się jak dzik w glinie, w górę i w dół oraz w poprzek potoków, na wychodniach skalnych i we wszystkim co tam przyroda daje.



Odpowiedz z cytatem