Dzień 6. Niedźwiedzim tropem na Pietros Budyjowski
Pierwotny plan zakładał dalszą wędrówkę grzbietem granicznym w kierunku Stoha. W nocy padał deszcz. Rankiem także; wstaliśmy później, niż zazwyczaj. Pogoda była taka sobie a widoczność bardzo taka sobie. Spowodowało to zmianę planów – zamiast na Stoha, idziemy na Piterosa Budyjowskiego. Też go nie widać, ale widzieliśmy go wczoraj wieczorem. Poza tym jest wysoki i samotny, na pewno tam trafimy nawet we mgle.
Jemy śniadanko, przygotowane na kamieniu nakrytym lnianym obrusem w kwiatki.
Przed wyjściem napełnienie wodą wszystkich butelek. Dzisiaj mamy wprawdzie gwarantowaną dostawę wody z góry, ale zawsze pewniej jest mieć swoje zapasy.
Schodzimy z grzbietu głównego i idziemy w kierunku Budyjowskiej Małej.
Potem trawers wzgórza Cristina
Naszą drogą szli też inni podróżnicy. Niestety, a może na szczęście, widzieliśmy tylko ich ślady.
W lesie widoczność jest lepsza, niż na otwartej przestrzeni.
Pietros ma niestety ponad 1850 m i trzeba tam wyjść. Na zdjęciu nie bardzo widać, że było tam stromo, ale było stromo.
Początkowo wydawało się, że szczyt to już jest na tej skałce. Ale to tylko się wydawało.
A szczyt był tutaj, 200 m obok skałki. Na Pietrosie zrobiliśmy jedno z czterech zdjęć, na którym jest cała załoga.
Przy zejściu otworzyło się okienko w chmurach.
Im niżej schodziliśmy, tym chmur było mniej. Ale nasz Pietros wciąż się ukrywał.
Pod Lutoasą spotkaliśmy potężne fundamenty jakiejś niedokończonej budowli, w pobliżu których leżało kilkadziesiąt worków skamieniałego cementu. Co to miało być?
Namiot rozbijamy w jałowcach pod szczytem góry Pecialul (1727 m)
Znów daje się rozpalić z mokrego drewna ognisko, przy którym można co nieco podsuszyć lub przypiec.
![]()


Odpowiedz z cytatem