Chwila zastanowienia dokąd jechać i zawracam. Znowu przez dwa betonowe niby brody. Jadę cały czas prosto, aż droga się nie skończy. W miejscu, w którym kiedyś stała cerkiew i została rozebrana, bo woda miała ją zalać, ale nie zrobiła tego skręcam w prawo. Po lewej stronie stoi budynek, w którym już podków nie robią. Po jakimś czasie mijam cmentarz, który jest na zboczu. Jedziemy coś przekąsić. Od wielu lat darzę dużym sentymentem „Bar pod gontami”. Jedzenie zawsze było tam przepyszne, a obsługa po lepszym poznaniu się przemiła. Bar ten ma jeszcze jedną wielką zaletę: jest czynny cały rok, a nie tylko w sezonie jak wiele tego rodzaju przybytków w Bieszczadzie. O dziwo nie ma starszej Pani. Obsługuje sama młodzież. Dziewczyny zamawiają naleśniki z jagodami, a ja tradycyjnie żurek. Siadamy na zewnątrz, bo w lokalu duszno strasznie. W pewnej chwili o mało nie spadłem z krzesła. Z głośnika tuż nad naszymi głowami wydarła się niewiasta „zamówienie nr9 proszę odebrać”. Ło matko było to straszne. Kiedyś donoszono żarełko do stolików bez wrzasków albo ludzki głos zapraszał do odebrania posiłku. W końcu doczekaliśmy się i my. Naleśniki były małe i z niewielka ilością jagód. Nie to co kiedyś… A żurek był podany w temperaturze zbliżonej do zimna. Może wystygł od jajka, które w nim było, bo było bardzo zimne… Zwróciłem uwagę dziewczynie z obsługi a ona moja uwagę przekazała młodemu mężczyźnie na zapleczu. O Sole mio (słowa te zastępują w tym miejscu ogólnie stosowany przerywnik przez ludzi kaleczący język polski), jak on ją wyzwał. Miał do niej żal, że nie umiała się nam odszczeknąć. Ten bar został wymazany przeze mnie z mapy Bieszczadu. Jeszcze tam wstąpię i jak będzie Starsza Pani to będę tam jadł w przeciwnym razie uciekam.
Teraz jedziemy w stronę Cisnej. Mijamy dwie smażalnie pstrągów i nowy bar tuż przed drewnianym mostem. Czy ktoś z siedzących przy tym ognisku w nim jadł? Jeżeli tak, to proszę o opinie. Zatrzymuję się przy sklepie. Dalej idziemy pieszo w lewo. Chciałem kobieto jeszcze pokazać cmentarz ale nie ten koło dzwonnicy. Ten na górze. Idziemy drogą (a jakże asfaltową) lekko pod górę. Przy ostatnim domu starszy Pan radzi nam wejść na łąki i łąkami iść do góry, bo droga błotnista bardzo jest. Zawsze mówiłem, że należy słuchać starszych, więc schodzimy na łąki. Pierwszy wylazłem na przełęcz i uwaliłem się pod drzewem. Za chwilę przyszła Ania. Po jakimś czasie myślałem, że ułożyli tu gdzieś tory kolejki, bo usłyszałem straszne sapanie. Ani chybi parowóz. Po chwili okazało się, ze to Renatka i Małgosia dochodzą… Niebo zaczęło robić się ciemne. Nic to – mówię dziewczynom idziemy do wsi, która kiedyś nazywała się „zimne miejsce”, czy jakoś tak. Słychać zbliżające się grzmoty, a na cmentarz jeszcze daleko. Renatka postanowiła wracać. Za Nią po chwili Ruszyła Małgosia, a my z Anią jeszcze idziemy w stronę cmentarza. W końcu my też zawracamy. Grzmi, gdzieś nad Soliną, a my, nie zmoczeni schodzimy błotnistą drogą. Starszy pan który, radził nam iść przez łąki nadal siedzi przed domem. Zagadnąłem go i rozpoczęła się długa opowieść. Człowiek ten pamiętał tragedię z 7 i 8 lipca 1946 roku. Pokazał nam miejsce, w którym stał ten dom. Obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś przyjedziemy do niego, żeby poopowiadał nam. Jeszcze tylko wizyta na cmentarzu. Pokazuję dziewczynom, gdzie jest mogiła Ukraińców… Wracamy do karawanu i on zawozi nas do Szymkówki. Jemy tam obiadokolację, która przeszła nasze oczekiwania. W bardzo przystępnej cenie bardzo dużo dobrego jedzenia. Na koniec kawa. Już wiemy, że do końca naszego pobytu w Szymkówce będziemy się tu stołować. Ania gotuje wspaniale, a Krzysztof mówi, że to jego szkoła. Nie wiem, gdzie leży prawda, ale serdecznie polecam. Po kawie jeszcze spacer do centrum i to koniec dnia.


Odpowiedz z cytatem