Po pierwsze primo: nie chciało mi się pisać
Po drugie primo: byłem zajęty szukaniem pracy
Po trzecie primo: w pewnym momencie nie wypadało rozpalać na nowo ogniska (jeszcze raz gratuluję coshoo!!!)
Po czwarte primo: znalazłem pracę i postanowiłem się zmobilizować (pamiętajcie o mojej słabej silnej woli).
Zacny trunek to „Feliksówka”.
Następnego dnia spotykamy się rano przy sklepie, w którym mieszkańców obsługuje się bez kolejki. Po zrobieniu stosownych zapasów wyruszamy w drogę. Ponieważ część naszej ekipy musi się zaaklimatyzować postanowiliśmy sobie zrobić lekką wycieczkę. Jedziemy zatem wielką szosą w stronę miejsca, w którym odbywały się pierwsze Festiwale Bieszczadzkie Anioły. Na rozstaju dróg skręcamy w lewo w stronę Jaśkowa. Dla nie wtajemniczonych Jaskowo na około 50 mieszkańców, nie ma sklepu i cerkwi też nie ma. Ba, cerkwi nigdy nie miało, a sklep był...Myślę, że sklep był do czasu jak skauci tam bywali. Skauci zniknęli i sklep też...Naprzeciwko miejsca, w którym stacjonowali skauci zostawiamy nasze auta. Zmieniamy buty na własciwe i wyruszamy. Najpierw przechodzimy na drugą stronę szosy, potem przechodzimy przez most przerzucony nad Jaśkowym Potokiem, następnie przechodzimy przez opustoszałe obozowisko, mijamy TOI TOJA i błotnistą ścieżką pniemy się pod górę. Młodsi z nas poszli przodem a Starszyzna posapując, pojękując osłaniała tyły. Kiedy wyszliśmy na łąkę błoto zniknęło. Na podniebnej przełęczy zrobiliśmy przerwę. Oficjalnie przerwa była na podziwianie widoków, a tak naprawdę dla wyrównania oddechu, tętna i sprawdzenia, czy z tyłu ktoś nas nie będzie atakował. Przed nami ale bardziej tak pod nami wije się wiejska droga, na której kiedyś tętniło życie. Teraz ona jest pusta. Schodzimy w dół do tej właśnie drogi. Droga jest prosta. Zbyt prosta jak dla mnie. Moim zdanie wytyczona była już po „dobrowolnym” jej opuszczeniu przez mieszkańców. Z pewnością opuścili swoja wieś za chlebem... Żyło tu przed wojna około 400 osób. Pola i sady musiały tętnić życiem. Teraz tutaj jest cisza i spokój. Tylko my i drzewa, które muszą pamiętać tamte czasy. Idziemy powoli, zastanawiając się nad zakrętami historii. Po lewej góruje nad nami zjedna z Magur, a po prawej górują cycki. Z góry leje się żar. Powoli dochodzimy do miejsca, od którego ostro w dół odbija wąska ścieżka. Ku mojemu zdziwieniu nie wszyscy z nas idą w stronę cerkwiska i cmentarza. Ja zawsze, kiedy jestem w tej wsi odwiedzam to miejsce... Po kilku minutach dochodzimy co celu. Jest to jedyne znane mi miejsce w Bieszczadzie, w którym cerkiew stała w dole. Ot takie zjawisko. Z cerkwi Św. Dymitra nie zostało nic. Są ruiny kaplicy i kilka nagrobków. Cisze zakłóca huk potoku, który w dole płynie. Po kilku minutach wracamy do reszty grupy. Idziemy dalej przez wieś. Kiedyś łaziłem po łąkach i znalazłem podmurówki po starych domach i resztki studni... Tak idąc powoli dochodzimy do przełęczy, na której kiedyś stało kultowe schronisko. Były w nim kozy i piwo też było. Teraz jest nowe, duże ale bez kóz i co ważniejsze bez piwa. Ala jest jednak zadowolona. Piwa nie ma ale schabowy jest... Skorzystała. Ja ku zazdrości reszty towarzystwa wyjmuję z plecaka puszkę napoju, którego Piskal nie lubi. Posilamy się. Niektórzy jedzeniem schroniskowym, niektórzy przyniesionymi specjałami. W schronisku oprócz piwa nie było też tłoku ale to plus tego miejsca.


Odpowiedz z cytatem