Pojedli popili i wyszli ze schroniska. Pogoda piękna, więc zmęczeni jedzeniem zalegliśmy przed schroniskiem. Było cudownie. Leżymy i leżymy.... W końcu ktoś spojrzał w kierunku, z którego przyszliśmy, Nie mam tu na myśli schroniska. Na niebie zaczęły gromadzić się ciemne chmury, które poderwały nas na nogi. Raźno ruszyliśmy drogą w dół. Kiedy byliśmy na wysokości cmentarza zaczęło kropić. W miejscy w którym skręca się z drogi na ścieżkę prowadząca na przełęcz, część towarzystwa się zbuntowała. Oni po błocie w deszczu chodzić nie będą i pójdą dalej drogą. Chcąc nie chcąc musieliśmy z Polejem się poświęcić i ruszyliśmy w górę. To nic, że było mokro i błotniście. Szliśmy uparcie do przodu rozmawiając o Jaśku. Zastanawialiśmy się, dlaczego nie odbiera telefonu. Polej stwierdził, że nie chce odbierać. Ja uważałem, ze jest inaczej. Tak rozmawiając i ścierając wodę z twarzy dotarliśmy do samochodu. Wymiana butów i jedziemy po resztę towarzystwa. Jeremi z kobitkam już na nas czekali. Postanowiliśmy podjechać i sprawdzić, czy aby jaśka nie ma w rezydencji. Niestety drzwi zamknięte, a jaśkowego rydwanu przed rezydencja nie ma. Wracamy więc do Wetliny. Umawiamy się na wieczór, na grilla. Kiedy opuszczamy z Renatka Alkowę usłyszeliśmy od gospodarzy, że musimy wrócić przed godziną 22:00, bo drzwi będą zamknięte. O grillu i napitkach tam spożytych pisać nie mam zamiaru, ale zdążyliśmy przed zamknięciem bramy.


Odpowiedz z cytatem