Przejechać da się 4/5 tego odcinka, 1/5 trzeba rower przepchać ścieżką przez ramię odchodzące od Wielkiej Polany ku Popradowi, to, którym idzie granica. Ścieżką prowadzi niebieski szlak pieszy. A namiot też mi się podoba;-) Producent zidentyfikowany dobrze.
Na polu biwakowym w Jasielu, gdzie spałem, są dwie wiaty oraz drewniany schron, w którym mogą zanocować dwie lub trzy osoby (ty zdjęcie zrobione przy innej okazji). Od kilku lat w sezonie letnim w schronie mieszka jakiś rezydent (nie koniecznie ten sam), który chyba pomylił pole biwakowe z sanatorium czy też hotelem. Ma wewnątrz rozłożone posłanie, prowianty, ubrania, inne sprzęty. Tym razem też jakiś rezydent mieszkał. Czuł się tu najwyraźniej gospodarzem. W moim odczuciu zastosowanie tego obiektu jest inne: by służyć za schronienie w razie potrzeby w awaryjnych warunkach jakimś zmoczonym, zziębniętym, przemęczonym turystom. Myślałem, żeby rankiem z nim o tym podyskutować, ale gdy odjeżdżałem, jeszcze nie wstał. A może ja tylko mam takie dziwne teorie?
Pożegnanie z Jasielem. Ładny grzyb na ławce leży.
Wyruszam w mgle i mżawce. Zjeżdżam do Moszczańca i Wisłoka Wielkiego.
Kończy się Beskid Niski, coraz bliżej do Bieszczadów, w które właśnie jadę. Aby zminimalizować przebiegi po asfaltach, jadę z Wisłoka na Bukowicę. Jest mokro z góry i mokro z dołu.
Węzeł szlaków na grzbiecie Bukowicy. Znów zaczyna padać, na razie umiarkowanie. Takie same kropelki, jak z drogowskazu zwisają mi z rękawiczek, z kasku, z okularów, z nosa. Ale teraz będzie w dół a w dolinach pewnie nie pada.
Zjeżdżam do Woli Piotrowej. Skończyło padać i zaczęło lać. Dojeżdżam do głównej drogi W prawo jedzie się na Szczawne, czyli w Bieszczady a w lewo do Bukowska, czyli … do domu. Jadę do Bukowska. W Bukowsku chowam się przed deszczem pod „tymbarkowym parasolem”. Towarzyszy mi trzech miejscowych dżentelmenów, którzy optymalizują, w którym sklepie w Bukowsku będzie najkorzystniejszy zakup trzech piw. Ustalenia kończą się sukcesem i jeden z nich udaje się na zakupy.
Deszcz nie ustaje. Jadę już wprawdzie do domu, ale zostało mi jeszcze ponad sto kilometrów. Dżentelmeni, zaopatrzeni w piwo poszli gdzieś konsumować.
Nieźle byłoby załapać się do jakiegoś pojazdu, który przetransportowałby mnie kilkadziesiąt kilometrów na północ. Ale kto mnie w takim stanie zabierze?
Deszcz nieco odpuszcza. Ruszam w stronę Sanoka. Zdjęć już prawie nie będzie, bo aparaty schowane do wora. Wyjmuję raz na kilkanaście kilometrów, np. tutaj w Trepczy. Potem przejazd doliną Sanu na północ, w Uluczu opuszczam San i jadę na Borownicę i Jawornik Ruski.
Tutaj koniecznie musiałem zrobić zdjęcie. To chata w Jaworniku Ruskim, dziś pusta.
Parę lat temu była używana i wyglądała tak:
Teraz doliną Jawornika znów w dół do Nienadowej w dolinie Sanu. Trzymając się rzeki dojechałbym prawie pod sam dom, ale nie byłaby to najkrótsza drogaSzybciej będzie przez Pruchnik, ale za to trzeba przeciąć w poprzek wał Podgórza Rzeszowskiego.
Dzisiaj znów kończę jadę przy świetle lampy rowerowej.
I tak w tytułowe Bieszczady nie dojechałem.




Odpowiedz z cytatem
Zakładki