Dzień 4
Zamówioną uprzedniego dnia poranną jajecznicę zjadłem w towarzystwie braci Słowaków spotkanych w Ramży. Jak na moje standardy, było już dosyć późno, bo jakiś kwadrans po siódmej i słońce wisiało już wysoko nad grzbietami gór, kiedy opuszczałem schronisko. Poniżej zdjęcie autora tuż przed wymarszem.
2014-09-07 07.14.01.jpg
Pozostał mi ostatni odcinek – zejście niebieskim szlakiem do samochodu w Liptovskim Janie. Pierwsza godzina, to przedzieranie się wąską ścieżką przez mokre od rosy chaszcze. Po tej godzinie zaczynałem już odczuwać lekkie dolegliwości gardła ze względu na nieustanne powtarzanie „idę!”, tudzież zamiennie „niedźwiedziu idę!”. Może jestem paranoikiem? Po zejściu w niższe partie zaczynają się ładne łąki, aż w końcu szlak wychodzi na schron zwany „koliba Brenkus”. Piękny schron, aczkolwiek nielegalny, tj. nie figuruje na liście dozwolonych przez władze parku miejsc biwakowych. A szkoda. Po co taki piękny schron (nawet z siekierą) jeżeli nie można w nim na jedną noc zamieszkać?

2014-09-07 07.49.53.jpg2014-09-07 07.58.20.jpg2014-09-07 07.59.15.jpg2014-09-07 08.01.33.jpg2014-09-07 08.02.31.jpg2014-09-07 08.03.58.jpg
Od schronu wiedzie już leśna droga do samego Liptovskiego Jana, a sądząc po świeżych śladach opon, jacyś zmotoryzowani odwiedzają kolibę Brenkus. Czyżby straż parku czyhała na łatwą zdobycz? To tylko domniemania, i mam nadzieję, że fałszywe. Do samochodu dotarłem tuż przed 11:00. W sumie 73 godziny i łącznie około 60 km (12km, 18km , 16km, 14km przez kolejne dni licząc po mapie).


Epilog.
W domu byłem około 17:00. Trochę obolały, ale bardzo szczęśliwy. Polecam wszystkim lubiącym się szwendać po nie za wysokich i zalesionych górach, w których można się zaszyć w miejsca pozbawione nadmiernego ruchu turystycznego. Poniżej jeszcze mapka z przebytą trasą.

mapa.jpg