Następnego dnia - 2lutego 2011 - o godzinie 10 byliśmy już w miejscu, do którego doszliśmy poprzednio.
Zaczęło się ciekawie,
DSC_0305.jpg
ale po przedostaniu się na drugą stronę okazało się, że może być jeszcze ciekawiej.
Otóż, za misiem, trafiliśmy na miejsce uczty watahy wilczej. W zakole potoku zagoniły łanię, zjadły ją, a czy niedźwiedziowi coś
jeszcze skapnęło, to tylko on wie.
DSC_0314.jpg
Być może coś tam sobie podjadł, bo kawałek dalej zapadł w krzakach w sen.
DSC_0318.jpg
Gdy się wyspał, zrobił kupkę, to oczywiście zszedł spowrotem do wąwozu i pomaszerował dalej.
DSC_0327.jpg
Idąc jego śladem spotkaliśmy, pierwszy i ostatni raz, żywych mieszkańców bieszczadzkich ostępów
DSC_0331.jpg
Znienacka wyszliśmy na leśne zimowe karmisko. Widać misiu nie szedł bez celu, wiedział gdzie może coś przegryźć.
DSC_0335.jpg
Jako, że na nas też ten widok podziałał, zrobiliśmy popas, rozgrzewając się przy okazji.
DSC_0338.jpg
Po paru chwilach byliśmy znowu na torze przeszkód, wymyślonym przez naszego spacerowicza.
DSC_0344.jpg
I tym razem miś doszedł do następnego karmiska, pokręcił się trochę w poszukiwaniu czegoś konkretnego i ruszył w dalszą drogę.
My natomiast po zlokalizowaniu i zaznaczeniu miejsca opuszczenia przez niego polany, jako że było już po 17.00, a czekała nas jeszcze droga powrotna do samochodu, postanowiliśmy odpocząć chwilę przy pobliskim domku myśliwskim.
DSC_0347.jpg
Do auta dotarliśmy już w ciemnościach i ruszyliśmy do kwatery w Bukowcu, żeby do rana nabrać sił.
Robiliśmy dziennie 10-20 km, czyli - po kilku pobytach w Bieszczadach - można powiedzieć, tak normalnie, ale moja żona co wieczór mówiła, że jutro to mogę sobie iść sam (tzn. z resztą ekipy, ale bez niej). Rano natomiast dzielnie wstawała, pakowała się z nami do samochodu i do wieczora dawała radę, żeby przed snem powtórzyć swoją mantrę:
- Jutro to możesz...

--
Jurek