DZIEŃ 4 - Niedziela 28 września

Opuszczamy kwaterę, kolejny piękny dzień.



Krótka wizyta w sklepie i czas w góry. Wspinamy się pomiędzy różnymi przysiółkami.



Rzut okiem na zostawioną w tyle wioskę.



Ostatnie zamieszkane domostwa są całkiem wysoko w górach. Koło takiego przysiółka zamotaliśmy się z drogą i jedna pani, krzycząc z dołu gdy podchodziśmy pod zły grzbiet, sprowadziła nas na właściwą drogę. Niby znowu napotykamy znaki szlaku ale w dniu dzisiejszym więcej one nam zaszkodziły niż pomogły.



Kawałek marszu lasem i napotykamy pierwsze polany przed połoninami.



W końcu osiągamy połoninę. Dużo zabudowy pasterskiej, jest ciepło i nie wszycy jeszcze uciekli w doliny. Rozmawiamy chwilkę z pasterzem i idziemy dalej.





W tym miejscu powinniśmy wdrapać się na grzbiet zamiast sugerować się szlakiem i iść ścieżką trawersem. Zapewne było by łatwiej.



Dochodzimy do miejsca z wypasem i obsiadają nas psy pasterskie. Robi się mało ciekawie, jeden odgryza kawałek karimaty koleżance. Przy następnych spotkaniach jesteśmy już uzbrojeni w kije.



Wygodna ścieżka trawesem nam się kończy. Pojawiające się gdzieniegdzie znaki szlaku pokazują prosto w górę. Dwie godziny wspinania się prawie na czworakach pod górę daje nam ostro w kość. Widoki za to rekompensują zmęczenie.





Pojawiają się widoki na północ w stronę Ukrainy. W oddali widać już grzbiet Czarnohory z Popem Iwanem.



W końcu udaje nam się wdrapać na główny grzbiet. Odpoczywamy i podziwiamy widoki. Do zachodu słońca pozostało ok 2h a mamy do przejścia jeszcze kawałek.





Pomimo tego że mamy do zrobienia jeszcze 200m w pionie to idzie się całkiem sympatycznie, nie ma już tych stromizn.





W końcu zdobywamy najwyższą górkę dnia dzisiejszego - Mihailecu (1918m). Obok stoi wyższy Farcau (1956m).



Taki tam widoczek...



Schodzimy do jeziorka Vinderel przy którym zamierzamy spać.



Miejsce jest niezwykle urokliwe.





Zdążyliśmy tu dotrzeć akurat przed końcem dnia.



Wieczorne podziwianie widoków.



Wieczór spędzamy na imprezce przy świeczkach, gapieniu się w morze gwiazd i piciu ostatnich nalewek domowych. Dzień dał nam w kość ale było warto...

C.D.N.