Do Rabego schodzi się z Jawornego komfortową ścieżką, oznakowaną na żółto (oznakowanie nie przeszkadza w schodzeniu). Na bazie panował spokój, co oznaczało, że rzeszowska załoga jeszcze tu nie przybyła. Ale oni idą z Cisnej, więc chwile trzeba będzie poczekać (nie wiedziałem jeszcze wtedy, że zastosują sztuczne ułatwienia, skracając dystans marszu przez dojazd drogą do Woli Michowej).
W oczekiwaniu, przyrządziłem sobie posiłek pod nowa wiatą.
I podziwiając odnowiony budynek, spokojnie czekałem.
Deszcz siąpił, cisza wokół. A w chałupce coś się rusza. Podszedłem, wszedłem. Przy stole siedziało kilka osób. Przywitałem się.
- Czy wy też na uroczyste otwarcie schronu?
- (zdziwienie na twarzach słuchaczy) Otwarcie mieliśmy jakiś miesiąc temu.
- A, to się trochę spóźniłem. A czy nie wiecie, czy tu coś innego nie będzie dzisiaj otwierane?
- Raczej nie, bo tu nic innego nie ma. Ale zaczekaj, za chwile przyjedzie tu leśniczy. On coś musi wiedzieć. Może nie za chwilę, ale za godzinę. No, może za dwie.
- A ten leśniczy to Marcin?
- Tak, Marcin. Znasz?
- Ze słyszenia. Z dołu, będzie jechał, od siebie?
- Tak, od siebie.
Spakowałem plecak i poszedłem w dół. Albo spotkam Marcina po drodze, albo dojdę do leśniczówki. Od czasu do czasu coś w górę jechało. Na wszelki wypadek machałem ręką na każdy samochód, bo nie wiedziałem, czym się Marcin porusza. Gdybym zatrzymywał te samochody w celu zabrania się na „stopa”, to miałbym pecha. Kierowcy raczej odwracali głowy w drugą stronę, udając, że nie widzą machającego w deszczu dziadka z plecakiem. A niektóre były takie, że jeszcze w życiu takimi nie jechałem. A tu jest zakaz ruchu.
Po paru kilometrach w końcu zatrzymał się jakiś mały Ford. Otworzył okno. W środku jeden brodaty, drugi w zielonym.
- Dzień dobry. Leśniczego Marcina szukam - zgadnąłem
- O, jest tutaj - brodaty kiwnął głową w stronę zielonego.
- Słyszałem, że dzisiaj ma tu być jakieś uroczyste otwarcie schronu
- ???
Tu opowiedziałem wszystko, co wiedziałem.
- A, dzwonił do mnie Henek i mówił, że tu przyjeżdżają, tylko nie pamiętam kiedy - przypomniał sobie Marcin
- Z soboty na niedzielę, czyli dzisiaj. Z Cisnej idą.
- To kawałek drogi, ale kiedyś dojdą. Poczekamy.
- To ja wracam na górę do bazy.
- Daj plecak. Sam się tu nie zmieścisz. Możemy za chwilę wrócić i cię zabrać.
- Plecak to już duży fart. Sam dojdę spokojnie, nie zjeżdżajcie.
Samochód był tak zapchany, że dopchanie plecaka okazało się nie lada sztuką. Aby się zmieścił, trzeba było jakieś pudełko, półkę i coś jeszcze upchać na kolana brodatego pasażera. Wewnątrz było pełno sprzętów, wiezionych na górę jako wyposażenie nowego schronu. Ford ruszył w górę, a ja uwolniony od plecaka lekko potuptałem, też w górę.


Odpowiedz z cytatem