Z powodu lekkiego zdemaskowania przez Zbyszka, skracam moje przydługie powiadanie.
Po chwili przybyłem do chatki. Zmierzchało już. Jacek (brodaty z Forda) ustawiał przywiezione drobiazgi i mocował do ścian dekoracje.
Posiedzieliśmy godzinę przy stole. Przyszedł ktoś z grzybami. Rozeszły się zapachy drażniące podniebienie. Większość ludzi była w jakiś sposób związana z Bieszczadami. To i owo można było usłyszeć.
Już od dawna ciemno, a Rzeszowa jeszcze nie ma. A wszyscy nienachalnie jakoś czekają, aż przyjdą. Zapytałem, czy gdzieś można uzyskać połączenie z telefonu komórkowego. Jest - kawałek za wychodkiem, w stronę drogi. Poszedłem tam. Telefon zagadał. Bazyl nie odbierał. Bartek był gdzieś za granicą. Henio odebrał.
- Daleko jesteście?
- Daleko skąd?
- W sobotę miało być spotkanie w Rabem, w bazie.
- Tak, w pierwszą sobotę października.
- Aha ….. to chyba nie będę czekał.
A była ostatnia sobota września. Wróciłem do chałupy. Opowiedziałem, co się dowiedziałem. Wieczór się kończył. Marcin poszedł robić nocne zdjęcia odlatujących żurawi. Zapytałem, czy on coś tam na tym ciemnym niebie widzi. Odpowiedział, że nie. Ale jeśli tam przez przypadek lecą żurawie, to na zdjęciu w domu zobaczy. A miał chyba jakiegoś Nikona pełną klatkę. A ja postawiłem sobie obok wiaty namiocik i poszedłem spać. Wprawdzie nocujący w chatce goście odradzali „namiotowanie” i zachęcali do skorzystania z miejsca na pryczy z nowymi materacami, ale ja czułem, że będą chrapać i wolałem spać u siebie.
I tak w zasadzie skończył się mój udział w „uroczystym otwarciu schronu”.


Odpowiedz z cytatem